Tag: mazda

Mała żmija.

W miejscu zwanym centrum handlowym można łatwo zabłądzić. Idziesz kilometrami alejek, regały się ciągną a końca nie widać. W przypływie rozpaczy można trafić do miejsca zwanego niegdyś księgarnią, dziś oprócz książek i prasy sprzedają tam również garnki i inne akcesoria kuchenne. Fan motoryzacji nie ma tu czego szukać. Prawdę mówiąc, z książek jedyne co można tam znaleźć to te traktujące… Read more →

Samochód idealny. W pewnym sensie.

Jeśli posiadacie własny samochód i dodatkowo sami go tankujecie to stacje benzynowe jawią się dla was jako najgorsze miejsca na świecie. Gorsze są chyba tylko przedstawicielstwa ubezpieczeniowe. Ale wracając do tematu. Staram się zaglądać tam jak najrzadziej. Czas, który tracicie stojąc w kolejkach można mierzyć w miesiącach. Powód ich istnienia jest prosty, zatrzymać się, nalać paliwa, zapłacić i odjechać jak… Read more →

Miała być idealna.

Idę o zakład, że większość z was doskonale pamięta swój pierwszy raz. Kiedy byliście w podstawówce słyszeliście, że koledzy już są po i sami marzyliście o tej chwili. Podpatrywaliście jak robi to wasz ojciec, starszy znajomy albo ktoś z rodziny. W końcu sytuacja zaczynała się klarować i co nieco zaczynało kiełkować. Były krew i różnego rodzaju płyny. Wreszcie mogliście wziąć… Read more →

Z Mazdą jest podobnie jak z Lotto, trójka nie cieszy tak samo jak szóstka.

Często ulegamy stereotypom. Dotyczy to nie tylko tak zwanego życia codziennego czy osobistego, ale również, a kto wie czy nie przede wszystkim, motoryzacji. Na rynku jest dostępna setka różnych modeli, jednak jeśli nieco zgłębić temat oraz statystyki sprzedaży najczęściej kupowanych jest tylko kilka określonych samochodów w każdej klasie. Jeden z najpopularniejszych segmentów, czyli kompakty został w pewnym momencie niczym Adidas… Read more →

Dużo lepsza niż myślisz.

Każdy z nas marzy o samochodzie sportowym. Takim z napędem na tylne koła, manualną skrzynią biegów i mocnym, benzynowym silnikiem. Przynajmniej tak jest jeśli nie jesteście wegetarianami. Jeśli jednak na co dzień jadacie ogromny stek to wcale nie jest wam łatwiej. Co prawda ofert jest naprawdę dużo, ale wybór tego jedynego to problem większy niż znalezienie dziewicy na gimnazjalnej dyskotece.… Read more →

Chociaż nie przewieziesz nią za dużo wędzonego boczku to jest niemal idealna.

Nigdy nie prowadziłem jakiś specjalistycznych badań ale jestem skłonny się założyć, że większość sprzedawanych samochodów z powodzeniem zmieściłaby się do małego pokoju przeciętnego M2. I nie chodzi tu o bagażnik nowego BMW. Po prostu gros z nich jest zwyczajnymi, miejskimi toczydełkami. Są tanie i ekonomiczne w utrzymaniu. Wielu po pierwszych doświadczeniach za kierownicą w postaci kursu wybiera właśnie ten segment, a część z nich dokładnie ten sam model. Jeśli chodzi wyłącznie o ideę to nie mam nic przeciwko, jednak po chwilowym zastanowieniu się nigdy nie kupiłbym małego samochodu. Większe są bezpieczniejsze. Przeciwko dowodowi w postaci pięciu gwiazdek nowej Pandy przedstawiam dwudziestoletniego Mercedesa Klasy S. A że małym łatwiej zaparkować, cóż, jeśli nie potrafisz tego zrobić choćby w Mondeo powinieneś oddać kawałek plastiku uprawniający do prowadzenia.

Niemal wszyscy producenci wychodzą naprzeciw. Każdy kolejny model jest większy we wszystkie strony. Odbieramy to jako pozytywną cechę, w końcu tak postrzegany jest progres. Dzisiejsze miejskie Polo ma całą masę wyposażenia z dziedziny komfortu i bezpieczeństwa i wygląda niemal jak mamut przy pierwszej generacji Golfa.

Sytuacja jest jeszcze gorsza w przypadku małych kabrioletów. Mało miejsca w środku, bagażniki niezdolne do pomieszczenia alkomatu, zapasu czarnorynkowego wędzonego boczku i oscypka zmniejszane dodatkowo przez czapkę bejsbolową w postaci dachu oraz liczni właściciele wszelkiej maści przednionapędowych suvów plujących do wnętrza.

Co jakiś czas jednak pojawiają się osobnicy przekorni. Recepta na dychawiczne silniki z turbo z epoki ekoterroryzmu? Dwulitrowe wolnossące silniki w kompakcie. Taka dzisiaj jest Mazda. I chociaż zabrakło już RX-7 i RX-8 to ostatnim bastionem w dziale zabawy i niszczenia tylnych opon zostało małe i niepozorne MX-5.

Każda kolejna wersja nie była znana z czegoś co miała, ale z tego czego nie posiadała. Nie było wymyślnych systemów i skóry ze szczęśliwych krów. Była za to zwinna i łatwa w prowadzeniu.

Trzecia generacja odrobinę przytyła ale wciąż mieści się w kanonie małych samochodów. Jej uśmiechnięta mordka i dość potulne linie budują obraz fryzjerskiego kabrioletu, a nie hardkorowego przecinaka serpentyn. To tylko pozory, bo to wilk w owczej skórze. No, wilczek bardziej.

W środku nie ma zbyt wiele miejsca, chociaż również ci ponad średnią jeśli chodzi o wzrost umoszczą się bez większych problemów pod warunkiem, że przecisną się przez lukę służącą do wsiadania. Wielkością przypomina bardziej właz od czołgu. Na trening rozciągający z Ewą Chodakowską jednak brak miejsca. Kabina jest nieco ciasnawa i wykonana z ciemnych materiałów o średniej jakości co dodatkowo potęguje wrażenie bliskie grotołazom. Dziwią natomiast 4 cup holdery. W końcu to dwuosobowe auto, ale może to ukłon na tych co lubią pić i nie zatrzymywać się na zbędną toaletę.

Transformacja z coupe w kabriolet wymaga krótkiej chwili na przemyślenie nowej trasy. Trzeba się  zatrzymać i odblokować zaczep.

Wbrew innym Mazda do malutkiej MX-5 montuje całkiem dorosły silnik w postaci dwulitrówki o mocy 160 koni. Zapewnia dobre osiągi chociaż tyle potrafią dzisiejsze diesle o pojemności trzech flaszek. Nie starty spod świateł są jednak najważniejsze. Tutaj liczy się czucie samochodu. Prosty i bezpośredni układ kierowniczy, nisko umieszczony środek ciężkości, perfekcyjny rozkład mas i możliwość samodzielnej zmiany biegów. Szybka jazda wymaga kręcenia, silnik żyje od około 5000 obrotów, więc trzeba się trochę namachać, ale nagrodą jest dźwięk wiertarki balansującej na granicy odcięcia.

Pokonywaniu zakrętów sprzyja dość twarde zawieszenie i możliwość czucia własnym ciałem co akurat dzieje się z samochodem. Tona dwieście to sporo jak na małe kabrio, ale inżynierowie zrzucili ostatnio 84 gramy z lusterka wstecznego, więc uważajcie z dokładką przed kolejną rundką po lokalnych krętych oesach.

Mimo napędu na tył MX-5 zapewnia dużo przyczepności i nie boi się brutalnego traktowania. Po wyłączeniu elektroniki potrafi zamiatać ogonem niczym spaniel na widok nowej kości. Nie przeraża i przez cały czas daje się kontrolować, co skutecznie buduje nasze rajdowe ego.

To co pomaga w mieście jest problemem w trasie. Krótki rozstaw osi powoduje podskakiwanie na nierównościach, a filigranowa konstrukcja nie buduje zbytniej pewności na autostradzie wśród jadących tirów.

Wbrew pozorom MX-5 świetnie sprawdza się przez cały rok i to mimo obecności zasp większych od samego samochodu. Metalowy dach zapewnia ciepło, a lekkie uślizgi pozwalają czerpać odrobinę radości również w zimowej aurze. To niemal idealny materiał na auto do nauki jazdy.

Żeby klient nie czuł się zbytnio przytłoczony Mazda oferuje tylko jedną wersję i jednym silnikiem. Nie ma automatu, ale wszystko co niezbędne znajduje się na pokładzie. Można wybierać spośród kilku kolorów, trzech rodzajów felg i paru gadżetów montowanych u dilera w postaci chromowanej pokrywy wlewu paliwa czy układu wydechowego firmy Sebring.

Rachunek za to wszystko do około stu dziesięciu tysięcy. Całkiem sporo jak na małe kabrio. W końcu to kwota, za którą można kupić szybkiego kompakta, ale tutaj dostajemy coś ekstra. Możliwość egoistycznego delektowania się tylnym napędem jest relatywnie bezcenna.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie zaproponował kilku zmian ulepszających. Pierwsza to wersja coupe bez tych obciążających mechanizmów składania dachu, a druga to trochę mocniejszy silnik. Reszta jest niemal idealna.

 

Ostatni bastion w walce z ekoterroryzmem.

Wybierając nowy samochód najczęściej bazujemy albo na marketingowych bzdurach, albo opiniach znajomych lub jeszcze kierując się własnym gustem. Pierwsze dwa przypadki na ogół są dość zwodnicze. Po pierwsze kilka zdań może sprawić, że uznamy napęd elektryczny jako nadający się do codziennego użytkowania i to, że jest bardziej ekologiczny niż ten standardowy. Po drugie na ogół znajomi nie psioczną na własne wybory.

To tworzy ciekawe statystyki sprzedaży. Przez pierwsze półrocze VW w Polsce sprzedał ponad trzynaście tysięcy samochód. Brawo, większość z nich jest naprawdę dobra.

Ale zapomnieliśmy o pewnej marce, która miała mocną pozycję na naszym rynku i to mimo braku oficjalnego przedstawicielstwa. Była do bólu niezawodna, a stylizacja jej samochodów powodowała zapadnięcie w natychmiastowy sen. Teraz jednak się odradza ze stylem podwójnego przybliżenia. Oto hit salonów Mazdy pod postacią nowej 6-tki, która śladem Rolls-Royce’a jest wyposażona w system aktywnego nieba. Niestety nie ma podsufitki z gwiazdami, a kosmiczną technologię pozwalającą oszczędzać paliwo.

Z każdej strony Mazda 6 wygląda dobrze. Szczerze mówiąc to jeden z najładniejszych obecnie produkowanych samochodów. Przód jest drapieżny z muskularnymi nadkolami, linia boczna przypomina nowoczesne muscle cary, a tył to w sumie Maserati Ghibli. To co robi wrażenie to wielkość. Mazda 6 ustępuje na milimetry BMW serii 5. Do tyłu wsiada się niczym do limuzyny.

Mimo sporych wymiarów samochód nie cierpi na nadwagę. Użyte materiały nie ważą prawie wcale, dzięki czemu otrzymujemy lekkie i sportowe właściwości. Mazda potrafi być lżejsza nawet o trzysta kilogramów od klasowych konkurentów mimo pełnego wyposażenia na pokładzie.

Wnętrze nie wygląda na specjalnie nowoczesne, ale nie można mu niczego zarzucić jeśli chodzi o solidność i użyte tworzywa. Jest przyjemne i nawet sportowe. Siedzi się nisko, a wszystkie instrumenty są tam, gdzie można się ich spodziewać. W ślad za wielkością samochodu idzie przestronność kabiny. Z tyłu mieszczą się spokojnie trzy osoby, a miejsca nad głową jest tyle co w sali balowej.

Dwa minusy. Jednym jest hałas wiatru, kabina jest dość słabo wygłuszona w stosunku do konkurentów. Kolejny to wyjątkowo słaba widoczność do tyłu, niemal jak w lufciku czołgu.

Chwila z danymi technicznymi i mała rundka pozwalają zrozumieć drogę Mazdy. To obecnie chyba jedyny producent, który nie poddał się ekoterroryzmowi i tworzy auta niemal oldschoolowe. Nie ma tu dychawicznych jednostek turbo, które muszą radzić sobie z ciężkim nadwoziem i bujającym się podwoziem.

Sposób Mazdy jest banalny. Lekki pojazd, wolnossąca dwulitrówka, bezpośredni układ kierowniczy i sztywne zawieszenie. Poza Fordem Mondeo w tej dziedzinie niema właściwie konkurentów. Można narzekać jedynie na trochę niski komfort tłumienia, ale to cena za dobre właściwości jezdne, którą warto zapłacić.

Dłuższa jazda pozwala docenić kunszt japońskich inżynierów. Samochód prowadzi się stabilnie i, po raz kolejny to powtórzę, odrobinę sportowo. Wielki plus za stworzenie czegoś, co ucieszy kierowców z żyłką wyścigową.

Sam silnik sprawnie się zbiera i nadaje wystarczającej dynamiki, a 165 koni mechanicznych ciągnie niemal na całej skali prędkościomierza. Pali również niewiele benzyny, tak więc szach i mat ekolodzy. Zastosowana technologia aktywnego nieba, którym tak chwali się Mazda obfituje w same gwiazdy. No prawie. Jedyny mankament to brzmienie. Bywa nieprzyjemne zwłaszcza przy uruchomieniu i jest beznamiętne.

Można by przypuszczać, że Mazda wysoko ceni nową 6-tkę. Jest w tym trochę prawdy, ale podstawowa wersja jest tańsza o kilka tysięcy niż Mondeo i Passat, a jest w niej parę gadżetów, za które trzeba słono zapłacić u konkurentów. Kompletnie wyposażana nie przekracza 130 tysięcy, co czyni z niej naprawdę dobrą ofertę.

Zatem czy warto udać się do salonu japońskiej marki? Jeśli lubicie usportowione i w starym, dobrym stylu samochody, a nie przyciąga was tylko znaczek VW to z całą pewnością i bezapelacyjnie tak. W końcu dobrze czasem wyróżnić się z morza Passatów i Mondeo.