Tag: citroen

Dlaczego Francuzi w końcu nie zrobią działającej bagietki?

Czasami człowiek nie chce, a mimo wszystko dostrzeże coś swoim bacznym okiem. Z racji własnej płci oraz seksizmu patrzę na kobiety. To piękne stworzenia, ale na ogół strasznie skomplikowane. Ten kto z nimi mieszka wie, ile czasu zajmuje im wyjście z domu. Mężczyzna jest zwierzęciem leniwym i dąży do optymalizacji własnego wyglądu. Weźmy na przykład fryzurę. Przez całe życia ma… Read more →

Marsjański łazik.

Odnoszę wrażenie, że jako cywilizacja zaczynamy się cofać. Może nie w sensie dosłownym, ale przez ostatnie dziesięciolecie a być może i dłużej nie udało nam się stworzyć niczego spektakularnego, czegoś co by świat i cały kosmos rzuciło na kolana. Mam prawo snuć takie domysły albowiem mój wkład w niewynajdywanie czegokolwiek jest znaczący. Ale ad rem. Robimy coraz większe telefonu, a… Read more →

Miękko, miękcej, Citroen.

W pewnych kręgach nie wypada poruszać się samochodem innym niż produkcji niemieckiej. Zdaje się, że wszystkiemu winny jest prestiż jaki wokół siebie roztaczają. Nie mam tu bynajmniej na myśli Passata ani nawet BMW serii 3. Prawdziwym przedsionkiem do klasy luksusowej są samochody segmentu E, czyli między innymi Mercedes klasy, nomen omen, E albo Audi A6. Naturalnie poza samochodami z niemieckim… Read more →

Sofa w terenie.

Na jakie by badania nie spojrzeć to wychodzi na to, że nasze społeczeństwo jest wygodne. Nie w sensie, że my Polacy, tylko ogólnie, jako cała populacja. Możemy zamawiać jedzenie na telefon, nawet robić zakupy. Są nawet lodówki, które zrobią to za nas. Pranie? Sprzątanie? Mamy od tego albo jakiś sprzęt albo innych ludzi. Obecnie sprzedawane samochody mają tyle udogodnień, że… Read more →

Dobra, Soczysta, ale jednak Cytryna.

Producenci, nie tylko samochodów, ciągle szukają nowych produktów i funkcji. Niegdyś telefon służył tylko do dzwonienia lub wysyłania krótkich wiadomości o spóźnieniu się  na rodzinny obiad z teściową, a dzisiaj zastępują aparat fotograficzny, tablet, pilota od telewizora i wiele innych.

To oczywiście wiąże się z udogodnieniami dla nas, konsumentów. Mamy w jednym urządzeniu funkcje wielu, co pozwala oszczędzać miejsce, czas i pieniądze. Do tego samego wniosku doszli producenci samochodów, którzy nawet najbardziej niepraktyczne nadwozie czy typ pojazdu potrafią zaprojektować tak, żeby wielodzietna rodzina do trzeciego pokolenia wstecz mogła pojechać na drugi koniec Europy na wakacje zużywając litr paliwa.

Ale w końcu ile można jeździć do bólu praktycznym samochodem. Konstruktorzy również tu zwietrzyli interes i budują małe i sympatyczne autka pokroju Smarta czy też Polo. Tyle tylko, że w nich również nie ma zbytnio miejsca na szaleństwa czy indywidualizm. Stworzono więc kolejną niszę pod postacią niewielkich samochodów klasy premium. Wszystko zaczęło się od Mini, które świetnie jeździło i miało relatywnie mocne silniki. To wszystko miało jednak bardzo małe znaczenie. Ważniejsze, że można było dostosować jego wygląd do własnego gustu. Kolorowe lusterka, wstawki we wnętrzu czy dach z szachownicą nie były problemem. Raz przetarty szlak sięgania po stare imiona pod płaszczykiem luksusu zaczęli obierać inni producenci.

Ośmieleni sukcesami innych do gry włączyli się Francuzi. Do tej pory maluchy Citroena zaliczały na ogół tyły sprzedażowe i nawet pierwsze C3 nawiązujące do 2CV nie było hitem. Nowy model również wpisuje się w podobną manierę, ale od podbijania niewieścich serc i sięgania do męskich portfeli teraz Citroen ma linię DS.

Pierwsza różnica to liczba drzwi. Korzystasz z tylnych siedzeń bierzesz C3 i godzisz się z losem, bowiem DS3 jest tylko trzydrzwiowe. Ale z drugiej strony nie ma się co załamywać, gdyż oba modele niewiele się różnią. Parę diod LED w zderzaku, srebrne lusterka rodem z szybkich Audi, listwa na drzwiach i inne lampy z tyłu. No i oczywiście inny kolor dachu i słupek B, który kończy się w trzech czwartych drogi, po prostu szał. Nie zrozumcie mnie źle, DS3 wygląda jak mały klejnocik, ale w porównaniu w bardziej plebejską siostrą nie błyszczy już tak bardzo.

W środku jest podobnie. Tak, są inne wskaźniki, kierownica i możliwość koloryzacji wnętrza, a materiały są miejscami więcej niż bardzo dobre, ale to ciągle C3. Ja wiem, że cięcia kosztów, ale odrobina pieprzu i fantazji załatwiłaby sprawę. Przynajmniej jest cicho, więc na materiałach wygłuszających nie oszczędzano.

Plusem jest wyposażenie. Przy odrobinie grzebania w konfiguratorze możemy mieć malucha niczym Klasę C, jest więcej niż potrzeba, a wszystko funkcjonalne i to bez typowej dla marki kreatywnej technologii.

Motor to jednostka wspólna dla BMW i PSA. 1.6 HTP legitymuje się mocą 150 koni mechanicznych i 240 Nm co przekłada się na przyspieszenie do pierwszej setki w nieco ponad siedem sekund. Odpycha się zatem dzielnie mimo sprawiającej mało solidne wrażenie niesportowej skrzyni biegów. Trzeba również uważać na zdecydowanie starty spod świateł, kontrola trakcji lubi wówczas nadawać Morsem poematy.

Można by przypuszczać, że taka moc idzie w parze z twardym zawieszeniem, ale w końcu po pierwsze jesteśmy w Citroenie, a po drugie to spadkobierca legendarnego modelu DS, przynajmniej w teorii. Może nie ma tu hydropneumatycznego zawieszenia, ale komfort jest ponadprzeciętny, a przez studzienki można przelatywać ogniem. Wadą jest naturalnie nieco za duże przechylanie się w szybko pokonywanych zakrętach i mało precyzyjny układ kierowniczy. Jednak większych obaw nie ma i pokonywanie serpentyn to przyjemność, może nie do końca czysta ale zabawa bywa przednia. Tylko nie przesadzajcie z późnym dohamowywaniem bo układ czasem sprawia wrażenie, że nie ogrania do końca mocy. Na szczęście nie prowadzi to do niebezpiecznych sytuacji.

DS3 to droga impreza. Podstawowy model jest droższy od C3-ki o dobre piętnaście tysięcy złotych windując cenę do blisko sześćdziesięciu, a tyle już kosztuje większa C4-rka. Biorąc najmocniejszy silnik i szafowanie z opcjami daje wynik niemal trzycyfrowy, a to już teren Coopera S i A1 1.4 TFSI, które mają po trzydzieści pięć koni więcej. Niby autko trąci prestiżem i stylem, ale jednak jest drogo.

Prawdę mówiąc Citroen całkiem sprytnie to wykombinował. Projektując auto miejskie stworzył sobie furtkę zmieniając liczbę drzwi, dodając mocniejszy silnik i możliwość wyboru koloru dachu uznając to za nową modę, jakie to francuskie. DS3 to nic innego jak C3 w sukience Jean-Paul Gaultier. To udany samochód, ale kosztujący o wiele za dużo. Fiesta ST startuje od 70 tysięcy, a Polo GTI od niecałych 80. Szukając komfortowego samochodu wybierzcie inny silnik, sportowego Mini, a praktyczniejszego po prostu coś większego.

 

O nowym C4 Picasso słów kilka. Dosłownie.

I można powiedzieć, że ekskrementy wpadły w wentylator. Po całym tygodniu z 911-tką, która już bardziej chyba od vana różnić się nie może, autem tego tygodnia zostaje nowy Citroen C4 Picasso.

Ale wróćmy jeszcze na chwilę dla kontrastu do Porsche. Otóż pojawiły się trzy nowe wersje. Lepsze i szybsze. Mowa o GT3, Turbo oraz Turbo S. Wszystkie z mocą między 475 a 560 koni mechanicznych i ceną od 160 do 230 tysięcy euro, bez dodatków.

W GT3 tym razem pokuszono się o ulepszoną skrzynię PDK. Manuala nie ma nawet w opcji. Poza tym pojawiło się kilka nowinek, jak choćby skrętne tylne koła, która przy niskich prędkościach zmniejszają promień skrętu, a przy tych autostradowych poprawiają stabilność na szybkich zakrętach. Podobnie jak w Carrerze układ kierowniczy jest w pełni elektryczny, ale o nim nieco później.

Poszerzono również przednią oś dzięki czemu 991 GT3 nie cierpi na tak daleko posuniętą podsterowność we wczesnym etapie pokonywania zakrętu.

Jeśli chodzi o modele Turbo to prym wiedzie oczywiście turbosprężarka. A w zasadzie dwie, które potrafią wyciągnąć z nowego boxera 520 (Turbo) lub 560 (Turbo S) koni mechanicznych. Sprint do setki w odpowiednio 3,4 i 3,1 sekundy do setki. A do tego napęd na cztery koła i bardzo wiele, bardzo inteligentnych systemów.  Podobnie do GT3 jedyną opcją jest PDK.

Problemem może być cena. Za nowe Turbo S możemy kupić nowego Range Rovera i Nissana GT-R. Albo Caymana S i Audi S8. Trochę duże jak na jeden samochód, ale cena z całą pewnością tłumaczy wartość i jakość nowych wariantów 991.

Jak na tym tle wypada zwykła Carrera S? Z jedną sekundą więcej do setki i ceną na poziomie 125 tyś. euro na pewno nie blado.

Tak, uwielbiam samodzielnie zmieniać biegi, to ja wiem najlepiej jak pokonać zakręt i chcę wiedzieć dokładnie co dzieje się z przednią osią. I przez cały czas obcowania z zaprzeczeniem tych wymagań właściwie ani na moment nie brakowało mi manualnej skrzyni ani tradycyjnego układu kierowniczego. Owszem, z filozoficznego punktu widzenia to pewien krok w inną niż do tej pory stronę. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę technikę i postęp kolejnego modelu to jest to zdecydowanie lepszy samochód niż poprzednik. Jednocześnie nie zatracający DNA 911-tki.

Z pewnością otoczka 991 to ukłon również w stronę normalnych kierowców. Kiedy nie jesteś Vettelem czy Loebem poprzednia generacja mogła sprawiać pewne trudności w jeżdżeniu szybko. W nowym modelu mamy przednią oś, która chce skręcać, skrzynię, w której wystarczy ruszyć łopatką i przyspieszać jak 1% procent najszybszych samochodów na świecie. Bułka z masłem. I niemal ani na chwilę nie tęskni się za bardziej analogowym autem. Co więcej, jeżdżąc 997 wydaje się jakby jazda nim wymagała więcej do zrobienia.

To jednak nieuchronnie prowadzi do filozoficznej części. Czy 911-tka, ze swoją historią i dziedzictwem powinna być zaprojektowana w ten sposób. Oczywiście jest lepszych samochodem pod każdym względem, spełnia wymagania i oczekiwania z nawiązką. Jest na zupełnie innym poziomie.

I choć samochód zbudowany przez Porsche w kształcie 911-tki powinien być ostatnim bastionem radości z jazdy i pełnego zaangażowania to jazda nowym modelem sprawia, że całkowicie się o tym zapomina. Tak dobre jest 991. A z tego płynie jeden wniosek, zrobiłem się stary, wygodny i otyły.

A gdzie w tym wszystkim samochód tygodnia? Cóż, w zasadzie jest dobry i wygodny. Pojemny także. Ma wiele technicznych i elektronicznych gadżetów, które wprowadzają go w XXI wiek. Co prawda nie rozumiem możliwości ustawienia tapety na wyświetlaczu a la iPad, ale w końcu urodziłem się w poprzednim stuleciu. Jedna rzecz jednak psuje cały obraz nowego Picasso. Chodzi o jego wygląd, który z powodzeniem może walczyć o tytuł tego najbrzydszego. A myślałem, że Pontiaca Aztek nic już nie przebije.