Tag: subaru

Nie pożądaj żadnej rzeczy bliźniego swego. Chyba że jest nią samochód.

Podobno gdzieś na kamiennych płytach zapisano wskazówki jak dobrze żyć. Jest ich nawet dziesięć. Wskazówek, nie płyt. Gorzej jeśli większość z nich to twoje hobby. Jedna z nich odnosi się do żon, chociaż jeśli już jakąś masz to wiesz jak się z nią ciężko żyje. Ale jeśli ci jednak mało to z całą pewnością nie powinieneś pożądać drugiej połowy swojego… Read more →

Z konsekwencją 911.

Zdaje się, że kryzys w Volkswagenie nadal trwa w najlepsze. To nie tylko dramat dla marki, ale i dla tysięcy Polaków. W końcu najbardziej prestiżowa firma już nie jest taka krystaliczna. Oczywiście minie trochę czasu zanim napłyną do nas najnowsze Passaty i Golfy zza zachodniej granicy, ale przyszłość i tak nie wygląda zbyt różowo. A właściwie zielono. Wobec tego pojawia… Read more →

Moglibyście go nieco pogłośnić? Reszta mimo że bez kompromisów jest świetna.

Są takie chwile w życiu właściciela hothatcha, kiedy to jego samochód nie jest już tak wyjątkowy pomimo tego, że w momencie kupna zrobił wszystko właściwie. Wybrał odpowiedni model, najlepszy silnik i świetne zawieszenie. W końcu wydał trochę pieniędzy na ulepszenia, których celem było zwiększenie mocy oraz poprawa właściwości jezdnych. Co więcej zniósł to, że na tych oponach, którym bliżej do… Read more →

Stary, japoński sedan i może.

Producenci samochodów uwielbiają przechwalać się swoim zaangażowaniem w stworzenie nowego modelu. Wielu inżynierów zginęło zostając po nocach dokonując pracochłonnych obliczeń. Inni zwariowali, ten jeden, który się ostał ma możliwość przemówienia swoim niezrozumiałym dla mas językiem przez dziesięć sekund o możliwościach i zaawansowaniu konstrukcji. Dalej wkraczają specjaliści od marketingu starając się wmówić wam, że tego właśnie chcecie, że jeśli nie kupicie… Read more →

Leśny człowiek zamienił się w leśnego dziadka.

To jakie mamy drogi chyba wie każdy, nawet w Europie jesteśmy znani z naszych pięknych wybojów i bezpiecznych kolein. Zamiast porządnej nitki stawiamy wąskie rondo imienia jakiegoś prezydenta. Dojazd nie jest istotny, szeroki przejazd ani to, że połowa kierowców nie wie jak się po nim poruszać.

Jazda po drogach każdej kategorii lub gdzieś w ustępy terenu, czyli obszary wiejskie powinna wiązać się z wyposażeniem samochodu typowego dla dakarówki, czyli co najmniej jednego kompletu opon na pace. Być może dlatego tak wiele osób zagląda do salonów w poszukiwaniu suv’a.

Również kompleks wyższości nad ogółem nie jest od rzeczy. W końcu co tam ten maluczki w Pandzie, skoro ma dach na wysokości mojej maski. Niby dla nas bezpieczniej, ale poprzedni powód jest chyba istotniejszy.

Problem z suv’ami jest taki, że tak naprawdę są bezużyteczne. Mają co prawda więcej miejsca nad głową i wyższe podwozia, ale różnice są marginalne. Wyżej położony środek ciężkości sprawia, że gorzej się prowadzą. Argument w postaci większej dzielności w terenie bezapelacyjnie upada biorąc pod uwagę statystyki sprzedaży, gdzie królują modele napędzane tylko na jedną oś. Ba, część producentów nawet nie zaprząta sobie głowy projektowaniem dołączanego napędu tylnych kół.

Jednakże są na rynku samochody, które nie tylko są modne, ale również oferują coś więcej.

Swój największy problem Forester dzieli z innymi suv’ami, jest suv’em. Pierwsze dwie generacje były podwyższonym kombi. Miały nisko położony środek ciężkości i jeździły w zasadzie jak normalne osobówki. Jednak moda na napompowane samochody sprawiła, że „leśnik” również utył i urósł, zwłaszcza w górę.

Pękata i muskularna sylwetka jest atrakcyjna, chociaż tył zbytnio trąci Fordem Focusem. Wolnossąca benzyna i diesel mają nieco zmienione zderzaki w stosunku do wersji turbo. Szkoda, że zabrakło budki suflerskiej na masce.

Wnętrze jest utrzymane w starym stylu. Jest dobrze wykonane z niezłych materiałów, ale mimo kilku wyświetlaczy wygląda jakby miało już kilka lat. W sumie to niewielki zarzut, bowiem można poczuć się jak w domu, a nie w futurystycznym statku kosmicznym z milionem lampek.

Rozczarowaniem są fotele, jak na 240 bijących koni są nazbyt komfortowe i obszerne, a to że siedzi się o całe cztery centymetry wyżej mocno tłumi sygnały płynące z kół do czterech liter.

Również ten kto jechał którąś z poprzednich wersji będzie zawiedziony. Chociaż sam samochód jest jakby bardziej zwarty zabrakło w nim pazura.

Tak, układ kierowniczy, zawieszenie i hamulce są lepsze niż w poprzedniku. Forester jakby był uwięziony w niewidzialnych koleinach i daje stu procentową pewność prowadzenia. Nie ma cienia zawahania i zwątpienia.

Jazda w umiarkowanym terenie odbywa się bez przeszkód, a samochód wydaje się idealny na dziurawe i nienajlepsze rodzime drogi. Zapomnijcie o wszelkich wynalazkach w postaci dołączanego napędu, ten z Subaru jest jednym z najlepszych na rynku. Zawieszenie to idealny kompromis między komfortem a zwinnością.

Najgorsze jednak znajduje się pod maską. Co prawda mamy tu specjalność Subaru w postaci boxera turbo, ale ma on dwie wady. Brzmi jakby miał podcięte skrzydła albo chore gardło. Zapomnijcie o charakterystycznym burczeniu i parskaniu. Ekologia pełną gębą.

Druga wada to skrzynia biegów. Z niezrozumiałych powodów topowa wersja zespolona jest wyłącznie z bezstopniową przekładnią. Silnik robi co może i hardo idzie do przodu, ale cały czas denerwuje potencjał marnowany przez wahania i męczenie go ciągłym kręceniem. Manual byłby o wiele lepszym rozwiązaniem i zapewniał lepszą kontrolę.

Czwarta generacja Forestera cierpi na kilka problemów. Mało charyzmatyczny silnik, średnia skrzynia biegów i nieco za duże spalanie. Na szczęście cena jest dobrze skalkulowana, konkurenci w przeważającej większości są drożsi o kilkadziesiąt tysięcy.

Starego Forestera można było albo kochać albo nienawidzić, ale miał charakter, charyzmę. Trzeba było się do niego dostosować, a wtedy odwdzięczał się wszystkim co miał. Nowy „leśnik” to zwyczajny suv, który mógłby być wypuszczony ze stajni niemal każdego producenta, można go polubić, ale to wszystko.

 

Proszę, zróbcie Imprezę.

Przez wiele lat z całą odpowiedzialnością i stu procentowym przekonaniem twierdziłem, że Mercedes klasy S jest samochodem idealnym. Ma odpowiedni wygląd, jest bardziej napakowany najnowszą technologią niż autobus do Lichenia pielgrzymami. Owszem, kosztuje furmankę pieniędzy, ale o ile nie jest się ortodoksyjnym wyznawcą brytyjskiej motoryzacji z najwyższej półki albo arabskim szejkiem był w zasadzie ostatnim słowem w kwestii luksusu i spełniania niemal każdego zadania. Dodatkowo w za cenę małej willi dostawaliśmy osiągi i moc, którym czasem nie potrafią sprostać samochody sportowe.

A teraz przyszło nowe. Model 2013, który wygląda jak skrzyżowanie statku kapitana Kirka i choinki. Przynajmniej nie rzuca się zbytnio w oczy patrząc na całą gamę Mercedesów obecnych na rynku. Wnętrzne, co naturalne, uległo raczej ewolucyjnym zmianom. Prawdopodobnie będzie przyjemnym miejscem do siedzenia. Problemem jednak jest coś czym producenci postanowili się wyróżnić, a mianowicie kierownicą. Ilość jej ramiom wyznaczała stopień ewolucji, każde kolejne było jak nowe lekarstwo na miarę penicyliny. Albo wydajniejszy silnik do lotu w kosmos. W Stuttgarcie pomyśleli jednak inaczej i zbytnio zapatrując się w Citroeny z lat pięćdziesiątych  zatrzymali się na dwóch. Co a, nie wygląda estetycznie, b sprawia, że nigdy nie wiesz w jakiej pozycji aktualnie jest kierownica.

Zatem Mercedes sprowadził niegdysiejszy monument, wyznacznik klasy do zwykłego, w zasadzie beznamiętnego samochodu, a właściwie przemieszczacza. Będzie świetnym cruiserem po autostradach w Europie, jednak u nas ze względu na infrastrukturę drogową starci niemal zupełnie sens. No, być może w zimie, jako świąteczna ozdoba przed domem.

I co z bólem muszę przyznać, przykład Mercedesa zmusił mnie do myślenia. Bowiem niemiecki producent nie jest jedynym, który w dobie gonitwy za każdym możliwym klientem przechodzi w zachowawczość, a inaczej mówiąc stagnację, a co za tym idzie traci cenne przymioty, które do tej pory go definiowały.

Weźmy na przykład Subaru. Markę niegdyś święcącą triumfy na rajdowych trasach. Ładnych parę lat temu te samochody były synonimami osiągów, świetnego napędu i ponadprzeciętnej trwałości i wytrzymałości. Świetnie brzmiący przeciwsobny silnik i bezramkowe szyby. Dodajmy do tego nieco groteskowy wygląd i otrzymujemy świetne auto do zimowych podjeżdzawek o osiągach kilkukrotnie droższych samochodów sportowych.

Jednak w nowym millenium japońska firma postanowiła porzucić swoje niezaprzeczalne walory. Legendarny boxer nie brzmi już ani na jotę tak jak poprzedni. W słabszych silnikach nie ma już turbo. Większość pewnie powie, że to niewielka szkoda, ja zaś żebyście przejechali się pierwszym Foresterem Turbo-S. Niegdyś był podwyższonym kombi, który świetnie sprawdzał się na asfalcie i w umiarkowanym terenie. Dzisiaj to kolejny SUV. Nawet BRZ brzmi słabo. Ostatnim Mohakaninem jest Legacy, ale zdaje się, że i na niego wkrótce przyjdzie czas.

Wspaniała Impreza, która kilka razy przechodziła operację zmian twarzy, ze słabej na gorszą by później stać się do Julia niepodobną, łączyła w sobie najlepsze cechy. Była ulicznym chuliganem, samochodowym terrorystą, który z szelmowskim uśmiechem Mr Hyde’a rozprawia się nocą ze street racerami. Dzięki temu zdobywała serca kolejnych pokoleń wiernych wyznawców. Teraz stała się bardzie opasła, początkowo jedyny wariat w postaci hatchbacka wyglądał jak Daewoo Lanos na koktajlu z dopalaczy.

Właśnie pojawiła się najnowsza generacja modelu, na który jeśli popatrzymy przez pryzmat dostępnych kompaktów wygląda naprawdę nieźle, co w przypadku Subaru jest sporym zaskoczeniem. Zwłaszcza jeśli porównamy go z aktualnie produkowanym Lancerem. Sęk w tym, że po raz kolejny prawdopodobnie okaże się dobrym samochodem, a nie wyśmienitym cichym zabójcą Porsche i BMW M.

Na zakończenie tym razem nie ma żadnej światłej czy też rzutkiej puentunii. Jest za to apel do producentów Subaru. Cytując znanego, cenionego polskiego filozofa Liroya – zróbcie wspaniałą Imprezę. Ze wszystkimi dawnymi fajerwerkami.

 

PS: Tylko błagam nie odpowiadajcie filozofem Jaggerem, że nie można mieć zawsze tego, czego się chce.