Tag: gti

Jeździsz Hondą, więc jesteś homoseksualistą. Prawdopodobnie.

Mądrości ludowe, przysłowia. Niezależnie, gdzie jesteście i co robicie znajdzie się ktoś, kto z poważną miną skomentuje pewne zdarzenie oczywistą myślą. Że jak dzisiaj pada śnieg to za pięć tygodni będzie lód. Lub że kiedyś będzie dobrze. Albo że rozmiar nie ma znaczenia. Jednak najdziwniejszym jest stwierdzenie, że lepsze jest wrogiem dobrego. Oczywistym jest że lepiej mieć więcej pieniędzy. Albo… Read more →

GTI wróciło. Tak jakby.

Istnieje duża doza prawdopodobieństwa, że większość czytelników niniejszej rubryki ma już za sobą okres dojrzewania, co ni mniej ni więcej oznacza, że macie ściany pomalowane na jakieś spokojne i stonowane kolory. Jednak jeśliby cofnąć się o kilka lub w co cięższych przypadkach o kilkanaście lat to wasze pokoje wyglądały z pewnością zdecydowanie inaczej. Gdy dorośli straszyli was, że jeśli nie… Read more →

Coś dla sześćdziesięciopięcioletniego chuligana.

Klasyka to coś, co jest uznawane za najważniejsze dokonanie dla swojego gatunku. Jak chociażby samochody z klasycznym napędem, czyli silnik z przodu i moc przenoszona na tylne koła. To rozwiązanie pojawiło się już u zarania motoryzacji. Jeśli wziąć pod uwagę osiągi również sprawdza się o wiele lepiej. W końcu podczas przyspieszenia przednia oś jest odciążana a przez to tył zyskuje… Read more →

Zainwestuj w pieluchy bo zapowiada się ostra jazda.

Jeśli myślicie o czymś, co rośnie wraz z wiekiem to z całą pewnością pierwszą rzeczą będą to samochody. I nie mam tu na myśli sytuacji, gdzie podlewana dziesięcioletnia niegdyś Panda zmieni się w wyrośniętego suv’a.

Pierwszy Golf jest mniejszy niż obecne Polo, a kilkuletni Civic zmieści się do bagażnika Hondy Jazz. Niegdysiejsze kompakty, nazwane tak ze względu na swoje niewielkie wymiary, urosły dzisiaj do miana samochodów rodzinnych. Tak naprawdę jeśli liczysz bardziej na emeryturę od państwa niż na własną gromadkę dzieci to wystarczy ci z powodzeniem Octavia w wersji kombi.

Sprawy jednak inaczej się miały trzydzieści lat temu, kiedy to debiutował dzisiejszy bohater. I nie jest nim G klasa. Tak naprawdę to oldtimer, który niemal w każdym względzie jest mniejszy niż nowa Panda. Peugeot 205, ale nie byle jaki, ale w potężnej nawet dzisiaj wersji GTI.

Tak, wiem co myślicie o Peugeotach, zwłaszcza tych starych. Jednak 205 GTI to nawiązanie do legendarnej rajdówki, która bezlitośnie biła pejczem Audi Quattro i Lancię 037 na rajdowych trasach.

Cywilna wersja była nieco mniej zwariowana, ale żeby nią jeździć szybko trzeba było mieć testis wielkości obecnej dziury budżetowej lub być kompletnym szaleńcem. Ale od początku.

Na pierwszy rzut oka mała 205-tka nie robi wielkiego wrażenie. Jest jakby ociosana kataną, a raczej starą francuską bagietką. Nie jest to zarzut, po prostu to część stylu, jak z dzwonami i bananową młodzieżą. Przynajmniej wygląda lepiej niż dzisiejsze, biedne, nabotoksowane Peugeoty, które nie mogą zamknąć ust.

Wersja GTI jednak miała więcej charakteru. Wydatniejsze zderzaki z wielkimi halogenami, mikroskopijny spojler na tylnej klapie, czy czerwona kreska okalająca samochód. Niby niewiele, ale w czasach turbo to wystarczyło, a dzisiaj nie budzi uśmiechu politowania. Nawet skromne czternastocalowe felgi, które wyglądają jak zdjęte kopułki z solniczki, przywodzą na myśl te z Alfy Romeo.

Wnętrze to fotele a la kubełki z materiału i skóry oraz kierownica z napisem GTI. Żadnej klimatyzacji, komputera pokładowego, czy elektronicznych stróżów. Tylko ty, kierownica, drążek zmiany biegów i trzy pedały. (To zdanie jednak nie brzmi zbyt dobrze)

Jeśli nie zjadłeś zbyt obfitego posiłku i nie jesteś uczestnikiem programu „Fat killers” to istnieje spore prawdopodobieństwo, że wraz z samochodem lekko przekroczycie granicę dziewięciuset kilogramów. Takie były konstrukcje, bez stref kontrolowanego zgniotu i zbędnych gadżetów.

To przekłada się na zwinność na drodze. Dodajmy do tego niezależne zawieszenie i otrzymujemy górską kozicę.

Silnik to osobna historia. Dla odmiany jest większy niż dzisiejsze jednostki. To mięsiste 1.9 litra o mocy 120 koni mechanicznych. Niby niewiele, ale przypomnijcie sobie akapit mówiący o masie. Owszem, osiem i pół sekundy do setki nie robi wrażenia nawet na współczesnych kombi z dieslem pod maską, ale w końcu to rocznik 93. W przeciwieństwie do większości obecnych konstrukcji uwielbia obroty i brzmi rasowo. Gwarantuję, że będziecie bawili się gazem i biegami tylko po to, żeby dłużej móc posłuchać tego metaliczno-chrapliwego krzyku.

Sama jazda nie ma nic wspólnego z komfortowym toczeniem się. Nie ma tu niczego co tłumiło by doznania. Kierowca ma pełną kontrolę nad tym co robi i tylko od niego zależy czy wyląduje w rowie.

205 GTI wymaga pewnej specyfiki w prowadzeniu. Kierownica tylko nadaje kierunek, ale to pedał gazu umożliwia slajdy. Delikatne odpuszczenie w zakręcie powoduje mały, zaś bardziej zdecydowane wywołuje chorobę lokomocyjną u pasażera. Mały Peugeot budzi skrajne emocje, od radości i euforii po strach i chęć do przytulenia się do rodzinnego van’a. Tutaj trzeba mieć większe pojęcie o jeździe niż dziennikarka telewizyjna o amerykańskich piosenkarkach, bowiem 205 GTI bywa bezlitosne i niczym w piosence Liroya przy drobnej nieuwadze „ginie z jego ręki kolejna niewinna osoba”. Wprawną ręką można prowadzić jednak ostro i zamaszyście. Tygryski to lubią.

Zmiany kierunku jazdy są natychmiastowe, a każdy zakręt chce się przejechać w iście rajdowym stylu. Doznania dzisiaj niespotykane lub warte kilkaset tysięcy złotych. Co prawda krótki rozstaw osi powoduje podskakiwanie niczym piłka tenisowa, ale motywuje do gokartowego omijania dziur w nawierzchni.

Każda przejażdżka uzależnia i wywołuje głód na więcej. Co więcej 205 GTI nie jest ani drogi w zakupie, ani w utrzymaniu. Nie jest też delikatny. Jest nie tylko jak sprawna i celna broń, ale dostarcza również emocji, których często próżno szukać w salonach samochodowych, nawet tych oferujących usportowione wersje. Będziecie mieli o wiele więcej zabawy, a uśmiech nie będzie schodził z waszych twarzy, mimo mokrych majtek.

 

Nawet siła Hardkorowego koksa nie pokona nowego Golfa GTI.

Istnieją na tym świecie rzeczy, które są wektorem zmian. Najczęściej możliwości jakie ze sobą niosą są rozwijane w celu poprawy i ogólnego udoskonalenia. Kiedy konkurencja, na początku nazywająca wynalazcę głupcem, widzi jak ten spełnia marzenia szybko naprawia swój błąd tworząc dlań alternatywę. Często jest gorsza, w końcu robiona w pośpiechu, tak żeby uszczknąć kawałek tortu dla siebie. Z biegiem czasu, z generacji na generację, jest coraz lepsza. Sęk w tym, że na nowo zinterpretowane walory mimo rozwinięcia i ciągłego ulepszania paradoksalnie ulegają deprecjacji.

Takim sztandarowym przykładem są hot hatche, czyli rodzinne kompakty w małymi reaktorami na przedniej osi. Spopularyzowane przez Volkswagena blisko czterdzieści lat temu uległy naturalnemu procesowi ewolucji. Niektóre z nich jednak osiągnęły takie stadium rozwoju, że właściwie czeka ich tylko wyginięcie.

Pierwszy gorący Golf miał skromny silnik o pojemności 1.6 i o jeszcze mniej obfitej mocy 110 koni mechanicznych. Dzisiejsza interpretacja od Volkswagena ma dwa razy więcej mocy, nie mówiąc o limitowanej wersji Focusa RS500 sprzed roku o mocy ponad trzykrotnie większej. Problemem Forda była jednak zdolność przeniesienia tej mocy na drogę. Mimo zastosowania sprytnych rozwiązań przez inżynierów przy wciśnięciu gazu wyraźnie skręcał w prawo. Niegdyś nawet istniało powiedzenie, że bezpieczna moc, którą przednie koła są w stanie przenieść na asfalt oscyluje około liczby 200.

A jak spisuje się w tym względzie najnowsza generacja wzoru wzorów? Zaskakująco dobrze. Można by nawet powiedzieć, że fantastycznie. I nie będzie to zbędna kokieteria.

Podstawą jest oczywiście siódma generacja Golfa. Wygląd to kwestia względna, lampy z tyłu wyglądają na nieco za małe względem połaci blachy, aczkolwiek sam samochód może się podobać. Można wybierać spośród trzy- i pięciodrzwiowego hatchbacka, co na tle konkurentów jest optymalną konfiguracją.

Zawieszenie w porównaniu z poprzednikiem jest sztywniejsze o trzydzieści procent, a cały samochód o ponad piętnaście. Nie oznacza to jednak każdorazowej wizyty u dentysty. Są dostępne trzy tryby, w tym komfortowy, który pozwala na w zasadzie normalną jazdę nawet po drogach gorszej kategorii.

Układ kierowniczy to również zdecydowany progres. Krańcowe położenia dzielą zaledwie dwa obroty kierownicą, co przekłada się na znakomite czucie samochodu, a wiadomości o tym, co dzieje się z przednimi kołami płyną bez zakłóceń.

Silnik to stary dobry znajomy. Dwulitrowa doładowana jednostka legitymuje się mocą 220 lub 230 koni mechanicznych, raptem kilka więcej niż w szóstej generacji. Pewnie myślicie, że przez to kompakt z Wolfsburga w starciu z konkurencją wącha spaliny z ich rur wydechowych. Nic bardziej mylnego. Moc, mimo że niewiele większa niż szybkich hatchbacków klasy B powoduje, że Golf jest w stanie nawiązać walkę jak równy z równym z innymi samochodami swojego segmentu często mocniejszych o 30, 40 koni.

I w wielu przypadkach na torze jest stanie je objechać. Zasługa w tym elektronicznie sterowanego dyferencjału. Nie ma problemu w trakcie pokonywania zakrętu. Po wciśnięciu pedału przyspieszenia do oporu samochód praktycznie w ogóle nie wyjeżdża przodem, zachowuje się niemal jak czteronapędówka. Moc nie jest w żaden sposób ograniczana, delikatnie łaskotane są hamulce, tak aby samochód pozostał na zadanym torze jazdy i jak najbardziej efektywnym wykorzystaniu mocy płynącej z silnika. Obrazu tego dopełnia dobrze zestopniowana skrzynia biegów, w tym przypadku sześciobiegowy manual.

Spalanie również nie jest tragiczne. Prawdę mówiąc, jak na samochód o takich osiągach jest relatywnie niskie.

Pewnym jeszcze nie do końca sprawdzonym minusem może być cena. W Niemczech podstawowy Golf GTI kosztuje lekko ponad 28 tysięcy euro, co w porównaniu z Megane RS w Polsce (niecałe 100 tyś.) wychodzi wyraźnie więcej. Za Odrą to jednak Renault jest droższe, więc być może będziemy pozytywnie zaskoczeni przez importera i dopłata nie będzie aż tak drastyczna.

A czy warto? Cóż, uwielbiam wynajdywać w samochodach małą, ale denerwującą cechę, która czasem bezapelacyjnie dyskwalifikuje dany model jeśli chodzi o zakup. I w przypadku Golfa GTI, mimo całych swoich sił, a pewnie i nawet przy możliwościach Hardkorowego Koksa musiałbym skapitulować. To dobry samochód, który niemal w każdej możliwości jest odrobinę lepszy od przeciwników, a gdy odstaje to minimalnie.