Dlaczego Francuzi w końcu nie zrobią działającej bagietki?

Czasami człowiek nie chce, a mimo wszystko dostrzeże coś swoim bacznym okiem. Z racji własnej płci oraz seksizmu patrzę na kobiety. To piękne stworzenia, ale na ogół strasznie skomplikowane. Ten kto z nimi mieszka wie, ile czasu zajmuje im wyjście z domu. Mężczyzna jest zwierzęciem leniwym i dąży do optymalizacji własnego wyglądu. Weźmy na przykład fryzurę. Przez całe życia ma ich raptem trzy. Zawadiacką grzywkę w okresie dorastania, następnie nieco bardziej praktyczną do pracy i do pubu w wieku młodzieńczym i średnim, która później albo wcale nie ewoluuje albo zostaje zamieniona na naprawdę krótkie włosy. I to tyle. Pielęgnacja? Szampon i od czasu do czasu fryzjer zamienny z maszynką.

Tymczasem kobiety zmieniają ułożenie włosów milion razy dziennie. I tu zacząłem się zastanawiać, skoro dobrze wygląda w rozpuszczonych włosach to co powoduje, że na drugi dzień zaczyna je związywać i czesać do tyłu? Przez to rzadko wygląda lepiej a przy tym komplikuje sobie życie i wydłuża czas potrzebny na wyjście z domu. A jeszcze ich umysłom coś podszepnie, żeby w ciągu dnia zdefasonować ją całkiem. Nie wspominam już o farbach, innych zabiegach, czy użyciu maszynki na bokach, co wygląda okropnie.

Pewnie spora część z was zastanawia się co tu robi Jaga Hupało. Nic, wszystko jest na swoim miejscu, a ten całkiem beznadziejny wstęp spowodowany jest pewnymi obserwacjami. Na ich podstawie można stwierdzić, że prawie wszystkie marki samochodowe kierowane są przez mężczyzn. Może bywają nudne, ale są solidne i przewidywalne. Natomiast jest jedna firma, którą od lat rządzi niepodzielnie kobieta, Citroen.

Na przestrzeni lat pod płaszczykiem innowacyjności realizowali najbardziej karkołomne pomysły. I tu pojawia się pytanie, gdybyście stali przez wyborem kupna samochodu segmentu D, czy zamiast serii 3 wybralibyście większego C-Elysee? Otóż to, nikt potrafiący dodać jeden do jednego by tego nie zrobił. Za to firma z Paryża aby was do tego nakłonić postanowiła nieco skomplikować sprawę. W ten sposób powstał DS5, który podobno nie jest Citroenem. Z pewnością.

Pierwsza rzecz to kształt nadwozia. Dla Francuzów limuzyny są zbyt nudne, więc od lat próbują się przebić tworząc hatchbacki. Teraz dodali do tego wysokość minivana. Mmm, idealne dla prezesa.

Sam wygląd można traktować jako zaletę. Z pewnością DS5 ma aparycję zdecydowanie różną od tego, co na co dzień spotykamy na drogach, a mięsista sylwetka znajdzie sporą liczbę amatorów.

Jest tu jednak kilka elementów, które są niczym maźnięcia pędzlem wykonane przez pięciolatka na arcydziele Rubensa. Srebrne listy biegnące od reflektorów przez maskę do przednich drzwi wyglądają jak wąsy wystające z uszu. Może i dwie końcówki układu wydechowego wyglądają świetnie i robią wrażenie na innych, ale tylko w przypadku, gdy jedna z nich nie jest wyłącznie atrapą. No i na końcu linia boczna, jakoś do mnie nie przemawia, tak samo jak było w Audi A2.

W kwestii deski rozdzielczej francuscy styliści chcieli nadać szyku i starają się wmówić klientom, że inspirowali się kokpitem myśliwców. W dwóch względach mają rację, jeśli chodzi o ciasnotę i ilość chaotycznie rozmieszczonych przycisków. Poza tym jej kształt nie robi aż takiego wrażenia jak ta z pierwszego Focusa w 1998 roku ani nikt kto siedział w samolocie nie znajdzie podobieństw.

Ale jest też kilka innych wad. Jak na samochód premium dziwi brak możliwości obszycia skórą kokpitu. Co jeszcze bardziej osobliwe w niżej pozycjonowanym DS4 jest taka opcja. Z innych rzeczy kuriozalna wydaje się spłaszczona u dołu kierownica w czymś co jest niewiele niższe niż przecięty kompaktowy suv, a zegarek na desce rozdzielczej wygląda jak kupiony na wyprzedaży. W końcu wnętrze nie jest innowacyjne, bo chyba nie określicie w ten sposób trzech indywidualnych okien dachowych.

Ponadto DS5 ma problemy z praktycznością. Miejsca nie jest za dużo, pasażerowie z tyłu praktycznie nie mają miejsca nad głowa, a ilość schowków jest mniejsza niż Maździe MX-5.

Na szczęście wnętrze ma kilka zalet. Po pierwsze jest dobrze wyciszone, a jakość materiałów stoi na wysokim poziomie. Pokładowe wyposażenie jest całkiem hojne, a bagażnik jest duży i funkcjonalny. Tu jednak nie uniknięto faux pas, można go otworzyć tylko z kabiny bądź z kluczyka, na klapie nie ma odpowiedniego przycisku.

W kwestii jednostek napędowych Citroen nie był zbyt oryginalny, spalają benzynę bądź olej napędowy, a nie na przykład dżem czy melasę. Największym komplementem jakim można opisać silnik jest to, że jest. 163-konny diesel nie jest specjalnie szybki ani oszczędny. Nie brzmi również spektakularnie dobrze. Poza tym w tej wersji bywa sprzężony z sześciostopniowym automatem, który działa z flegmą francuskiego kelnera. Nie wiem jeszcze tylko jak się jej pozbywa, ale mam pewne przypuszczenia.

Jak do tej pory DS5 jawi się jako nieźle wyglądający samochód, który jest niepraktyczny, dobrze wykonany i pod maską ma jakiś motor. Nie są to zbyt mocne karty, ale jak pewnie sądzicie Citroen nie blefuje i ma w rękawie, a może w błotniku czy w zasadzie pod nim, asa w postaci hydropneumatycznego zawieszenia, które w pełni wynagrodzi wszelkie niedociągnięcia i sprawi, że wasze dni odtąd będą pełne słońca, mleka oraz miodu. Otóż nie.

Citroen co prawda postanowił zbudować samochód segmentu D w nieco bogatszym wydaniu, ale poszedł przy tym na skróty opierając konstrukcję na modelu C4. Pomysł sam w sobie nie jest zły, ale to sprawiło, że pozbyto się dobrze znanego znaku firmowego. Zamiast kul wypełnionych gazem z przodu mamy klasyczny układ zawieszania, a z tyłu, co gorsze, belkę skrętną. Nawet Mustang pod tym względem jest nowocześniejszy.

I to potencjalni klienci jest ostateczny powód by nie brać DS5 pod uwagę. Tak, będzie idealny do relaksującej jazdy po autostradzie, jednakowoż na każdej innej będzie utrapieniem. Zawieszenie nie jest komfortowe. Zapomnijcie o Citroenach C5 i C6. W DS5 jest twardo, ale nie po sportowemu sprężyście. Zawieszenie jest twarde niczym francuski ser i bynajmniej nie idą za tym dobre właściwości jezdne. Na bardziej wymagających drogach, gdzie są zakręty trudno znaleźć samochód o gorszych właściwościach jezdnych. Przy Francuzie nawet Toyota Avensis jawi się jako bezkompromisowa wyścigówka. Co gorsze zawieszenie głośno wybiera nierówności a na nich prowadzenie staje się nerwowe. Dodatkowo układ kierowniczy jest tak niedokładny, że chyba steruje kołami w zupełnie innym samochodzie.

Pewnie pomyślicie, że cena za ten nie najlepszy samochód będzie wyjątkowo niska i będzie wytłumaczeniem wszystkich wad. Niezupełnie. Citroen da wam kluczyki do DS5 z 163-konnym dieslem pod maską jeśli wyłożycie na stół blisko 140 tysięcy złotych i to bez kilku opcji dodatkowych. To nieco mniej niż w przypadku BMW i Audi. Jednak, gdy będziecie na tyle inteligentni i nie potraktujecie Citroena jako ich konkurenta zobaczycie, że ci właściwi, w postaci choćby Forda Mondeo, Mazdy 6 czy Toyoty Avensis są często o jedną trzecią tańsi. Poza tym ich wartość raczej nie będzie spadała szybciej niż majtki prostytutki.

Dawniej wszystko miało określoną funkcję. Niegdyś w telewizyjnym show można było zobaczyć kota w bramce albo panią Magdę pokazującą cztery litery i wszyscy byli zadowoleni. Teraz w czasach, gdy „Ekipa z Warszawy” nie kojarzy się już z Pruszkowem czy Wołominem a nadpobudliwymi seksualnie osobnikami ludzie chcą wszystkiego naraz. I Citroen, jak większość producentów, chciał im to dać, ale jest przy tym niezdecydowany jak kobieta szykująca się na bal. DS5 ma niezły wygląd ale jako samochód jest przy tym okropny, zawodzi i rozczarowuje. Jest jak makieta na targach motoryzacyjnych albo ładna dziewczyna, która ma trochę zalet ale na dzień jest psychopatką.

  1 comment for “Dlaczego Francuzi w końcu nie zrobią działającej bagietki?

  1. 15 grudnia, 2015 at 11:14

    Coś w tym jest, tylko pojawia się pytanie… czy dzieje się tak przez to, że takie koncerny jak VAG zawieszają poprzeczkę zbyt wysoko i inni próbując ich dogonić stosują nie do końca przemyślane rozwiązania?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *