Miała być idealna.

Idę o zakład, że większość z was doskonale pamięta swój pierwszy raz. Kiedy byliście w podstawówce słyszeliście, że koledzy już są po i sami marzyliście o tej chwili. Podpatrywaliście jak robi to wasz ojciec, starszy znajomy albo ktoś z rodziny. W końcu sytuacja zaczynała się klarować i co nieco zaczynało kiełkować. Były krew i różnego rodzaju płyny. Wreszcie mogliście wziąć do ręki maszynkę i zgolić pierwszy, mało męski zarost.

Muszę przyznać, że jak większość tych, który mają to za sobą nie lubię się golić. Nie sprawia mi to żadnej satysfakcji, a sam zarost nie wygląda szczególnie dobrze. Przynajmniej w moim wykonaniu. Pewnie dlatego, że bardziej przypomina brodę niemowlaka.

Ostatnio jednak sprawy zaczęły przyjmować nieco inny obrót. Po przerobieniu kilku maszynek elektrycznych z milionem ostrzy, takich na baterię i zwykłych, postanowiłem pogrzebać przy bombie. Tak, sięgnąłem po starą maszynkę na żyletki. Zmusił mnie do tego producent, który przestał produkować końcówki do mojej starej maszynki.

Teraz jestem mu za to wdzięczny. Mimo, że ręce trzęsą mi się niczym delirykowi na głodzie jak widać przeżyłem pierwszy kontakt z tym narzędziem. Nic tak jak to nie sprawiło, że poczułem się bardziej męsko. Dopiero, gdy zimny metal sunie wiedziony drżącą ręką czujesz, że w pełni żyjesz. Co tam ochronne kratki na jednorazówkach, jeden nieopatrzny ruch i wyglądasz jak Freddy Kruger. Nudne ścinane szczeciny urosło teraz do rangi wydarzenia, gdzie budzą się pierwotne instynkty, adrenalina leje się wodospadami a emocje są jak na Meczu Legia Widzew na Żylecie.

Żeby poczuć się podobnie za kierownicą potrzebujesz naprawdę mocnego samochodu oraz lotniczego pasa. Jak myślicie, jak często można spotkać taką akumulację? W prawdziwym świecie niemal nigdy. Czy zatem jesteśmy skazani na jednorazówki, które podbierają nam nasze żony by wygładzić nogi? To naturalnie prowadzi mnie do dzisiejszego bohatera w postaci samochodu. Nie, od kiedy jest Mazda MX-5.

Szczerze mówiąc nigdy nie byłem fanem tego modelu. Słyszałem te zachwyty nad lekkością i zwinnością, ale raczej zaliczałem się do tego drugiego obozu, który ją co najmniej ignorował.

Zdawałem się być nie czuły na jej urok nadwozia. MX-5 dzięki wlotowi w zderzaku jest zawsze uśmiechnięta, a chowane lampy urodzonego dla kogoś sprzed epoki gry w słoneczko są ważniejsze niż cały tabun spojlerów, lotek oraz felg o wielkości telewizorów na dziale rtv. Nawet argument, że jest kobieca nie ma sensu, przypomina bardziej zabawkę albo szczeniaka, który nigdy nie urośnie. W sumie jest niczym Toudi, słodka i wzbudzająca matczyne uczucia.

Deska rozdzielcza niczym nie przypomina dzisiejszych samochodów. Kilka wskaźników, przycisków mniej niż w szczoteczce elektrycznej i żadnych ekranów. Na domiar tego mimo pełnoletności nieźle opiera się próbie czasu, można powiedzieć, że starzeje się z godnością, o ile to odpowiednie słowo.

Oczywiście mógłbym się czepiać, że kierownica jest nieco za duża, fotel mógłby być niżej, że jest ciasno, przez tylną szybę niewiele widać a bagażnik jest mniejszy niż ten w Seicento. Że nie ma windshota ani ciepłego szalika z powietrza znanego z nowożytnych roadsterów, ale w latach 90-tych ubiegłego wieku nikt się tym nie przejmował, sprawy były prostsze. Poza tym MX-5 oferuje coś znacznie ważniejszego niż luksus i komfort, ale o tym za chwilę.

Patrząc na dane techniczne nie sposób odnieść wrażenia, że skromny 1.8-litrowy silnik o mocy 130 koni mechanicznych i momencie obrotowym wynoszącym 152 Nm jest równie szalony co żółte Picanto. Jednak dzięki temu, że waży mniej niż Anja Rubik po miesięcznej głodówce osiągi są całkiem przyzwoite. Do setki rozpędzicie się w nieco ponad 8 sekund i prawie uda się wam osiągnąć drugą. Silnik chętnie się kręci i brzmi jak rozeźlony terier. Spalanie chyba nikogo nie powinno interesować.

Dalej robi się tylko lepiej. Pięciobiegowa manualna skrzynia biegów jest precyzyjna. Podobnie jak układ kierowniczy. Rozkład mas jest idealny. Zawieszenie jest sztywne, więc na zakrętach nadwozie w ogóle się nie przechyla. Poza tym jeśli jesteś purystą ucieszy cię wiadomość, że spora część egzemplarzy nie ma ABS-u czy wspomagania kierownicy.

Zmieszajcie to wszystko i wyjdzie wam, że MX-5 to świetny samochód dla kierowcy. Jest mała i zwinna, idealna na miejsca parkingowe i wąskie drogi. Ma sporo trakcji i tym samym na suchym ciężko jest zmusić tył do zabawy, więc możecie bez obaw uczestniczyć w konkursie na dokładną jazdę. Z resztą nigdy w niej nie wpadniecie w tarapaty. Do szaleństw wystarczy wam 40 km/h.

Jeśli zaakceptujecie wady wynikające z jej konstrukcji oraz założeń będziecie mieli tylko kilka małych problemów. Pierwszy to rdza, typowa dla japońskich samochodów z tego okresu. Drugi to delikatnie mówiąc niezbyt spektakularny poziom bezpieczeństwa. Oprócz tego przy wyższych prędkościach nie będzie tak cicha jak Magdalena Ogórek.

MX-5 hołduje starym brytyjskim roadsterom. Przypatrzcie się uważnie a dostrzeżecie w niej Austina Healey czy Triumpha Spitfire. Opiera się modzie na coraz większą liczbę koni mechanicznych czy udogodnień. Wyposażenie dodatkowe Mercedesa Klasy S waży więcej niż cała Mazda. A przy tym pierwsza generacja jest teraz tańsza niż guma do żucia.

Jednak historia MX-5 i moja to opowieść o miłości platonicznej. IV generacja, gdy już trafi do salonów będzie kosztowała coś koło 100 tysięcy złotych, czyli tyle co 200-konne GT86. Albo używane M3 lub M5. Albo nawet Mustang. Poprzednie modele są znacznie tańsze, a te z roku 2005 kosztują w granicach trzydziestu tysięcy. Ale tu pojawia się pierwszy Boxster, który jest mocniejszy i ma centralnie umieszczony silnik. Dopiero pierwsza generacja wydaje się nie mieć konkurentów. Może nie jest tak ostra ani wydajna jak samochód sportowy i można znaleźć w niej kilka wad, ale za tę cenę…

Jednak nie byłbym sobą, gdybym nie dodał pewnego „ale”, które zaważy na wszystkim. Są to dwie rzeczy i obie dotyczą dachu. Pierwsza, składany materiałowy dach nie jest szczególnie użyteczny przy dachowaniu, zwłaszcza, gdy czubek głowy jest na wysokości krawędzi przednie szyby. Drugi, roadster nigdy nie będzie optymalnym samochodem sportowym, przeczy temu jego konstrukcja. Kawałek tworzywa na torze będzie równie przydatny co naklejka z torem Nurburgring na Tico. To jak porównywanie kartofli i makaronu. Spaghetti po ugotowaniu robi się miękkie, podczas gdy ziemniaki zachowują twardość. Ale gdyby zrobić z nich kluski…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *