Samochód idealny. W pewnym sensie.

Jeśli posiadacie własny samochód i dodatkowo sami go tankujecie to stacje benzynowe jawią się dla was jako najgorsze miejsca na świecie. Gorsze są chyba tylko przedstawicielstwa ubezpieczeniowe. Ale wracając do tematu. Staram się zaglądać tam jak najrzadziej. Czas, który tracicie stojąc w kolejkach można mierzyć w miesiącach. Powód ich istnienia jest prosty, zatrzymać się, nalać paliwa, zapłacić i odjechać jak najszybciej. To naprawdę nieprzyjemne miejsce, gdzie wydajesz ciężko zarobione pieniądze by gdzieś na Bliskim Wschodzie pewien szejk mógł sobie kupić dwieście drugiego Mercedesa w kolorze tyłka pawiana z wnętrzem pokrytym skórą z geparda.

Obecnie jest inaczej. Możecie umyć samochód i skorzystać ze sklepu, który oferuje większą gamę produktów niż wasz lokalny supermarket i monopolowy razem wzięte. Możecie również skorzystać z regału oferującego coś co zapobiegnie ciąży albo wymienić milion punktów na pudełko zapałek. To jeszcze jest w porządku.

W przerwie, gdy wasz samochód nabiera blasku w myjni możecie również skorzystać ze stoiska z jedzeniem. Wybór również jest spory, wszelkiego rodzaju kanapki i słodkie rzeczy. Ostatnio jednak na Pomorzu otwarto przy jednej ze stacji restaurację Subway, czyli coś co uchodzi za zdrowego fast fooda. I tu dostrzegam problem. Jedzenie jest w porządku, ale jadąc na stację benzynową poza tankowaniem gdy koniecznie musisz coś zjeść to zawsze wybór jest jeden, najpodlejszy hot-dog, który ma parówkę wyciągniętą z odmętów najgorszego rzeźnika w mieście. Taką, która jest idealna dla wegetarian, ponieważ nie ma w sobie krzty mięsa. To wszystko w bułce z sierścią jakiegoś pupila i sosem, który tylko kolorem przypomina ketczup. O białym, majonezowym płynie nie wspominając. Zjeść coś zdrowego w tym miejscu to jak pójście do domu uciech i pobawienie się kolejką. Bez sensu.

I w ten jakże dziwny sposób przechodzimy do dzisiejszego bohatera, którym jest Mazda CX-3. Tak, to miejski suv, który bazuje na modelu 2. Nieco bardziej światli fani motoryzacji będą już wiedzieli dokąd ten felieton zmierza, ale nie uprzedzajmy faktów.

Na pierwszy rzut oka CX-3 jest ładna. Jednak po dłuższym przyjrzeniu się baczny obserwator zaczyna dostrzegać jej wizerunkowe skazy. Z pewnością imponuje przód. Jest odpowiednio wystylizowany niczym w Alfie Romeo albo najnowszych Lexusach. Ale po zaprojektowaniu go styliści stwierdzili, że już wystarczająco się napracowali i są zadowoleni z efektów, po czym poszli na sajgonki. Po wielu litrach sake okazało się, że następnego dnia samochód wchodzi do produkcji, więc szybko dorysowali resztę. Mamy zatem zaburzone proporcje. Aż po horyzont jak w AMG GT rozciąga się długa maska z jeszcze dłuższą atrapą, później występuje krótka kabina pasażerska, a koniec wieńczy zdecydowanie zbyt krótki tył zupełnie nie w stylu Jennifer Lopez czy też kolumbijskiej aktorki filmów dla dorosłych. Od słupka A samochód mógłby zostać narysowany w jakimkolwiek studiu projektowym i nikt nawet by się nie zorientował. Całości niespójnego obrazu dopełniają czarne elementy karoserii, których zadaniem jest podkreślenie terenowego charakteru, którego de facto nie ma oraz dwie końcówki układu wydechowego. Mimo, że pod maską znajdziecie diesla o pojemności 1.5.

Istotą suvów podobno jest odpowiednie gospodarowanie niewielkiej przestrzeni. Nie rozumiem zbytnio tego segmentu, ale zdaje się, że Mazda CX-3 niezbyt dobrze wpisuje się w tą kategorię. Rozstaw osi jest dokładnie taki sam jak w samochodzie segmentu B, więc miejsca nie ma zbyt wiele. O ile z przodu jest nieźle to z tyłu zmieszczą się tylko osoby o średnim wzroście. Bagażnik teoretycznie ma pojemność przeciętnego kompaktu, ale w praktyce jedna większa walizka całkiem go zapełnia. Poza tym posiada jeszcze jedną denerwującą funkcjonalność, płaską podłogę. Hipotetycznie to dobra i pożądana cecha, ale wielu producentów by osiągnąć ten cel stosuje podwójną podłogę. W Maździe jest półka, pod którą zmieścicie kartkę papieru. Ten kawałek materiału nie dość, że zabiera cenne miejsce to jeszcze, gdy zostanie zdemontowany nigdzie w samochodzie się nie mieści. Pod względem schowków CX-3 również nie błyszczy, w tym przed pasażerem nie zmieści się nawet tort weselny.

Reszta wnętrza również nie jest najwyższych lotów. Deska rozdzielcza miała być ładna i elegancka, a jest prosta. Prawdę mówiąc zbyt prosta. Nie chodzi tu o ilość przycisków czy małą liczbę gadżetów, ale gdyby 125p miał powrócić Fiat miałby gotowy projekt. Z MX-5 wyszło, chociaż nie jest to taki sam minimalizm.

Zanurzając się głębiej jest tylko gorzej. Materiały są albo twarde albo budżetowe. Dodatkowo nie zostały spasowane z pieczołowitością, jakiej spodziewamy się po japońskim producencie. Multimedia działają z prędkością telefonu z androidem za złotówkę z niskiego abonamentu, a centralny wyświetlacz się nie chowa. Za to ma funkcję ruszania się, która zdaje się nie została przewidziana przez projektantów. Na dodatek nie można z niego korzystać dotykowo, gdy samochód jest w ruchu. I może jestem nienormalny albo pedantyczny, ale kratka zamiast czwartego kółka nawiewu doprowadza mnie do pasji.

Jak już wspomniałem wcześniej pod maską znajdziecie potężnego diesla o pojemności 1.5-litra. Skromna moc, 105 koni mechanicznych, i średniej wielkości moment obrotowy na poziomie 270 Nm zapewniają raczej średnie osiągi, 10,5 s do setki, oraz niewielkie spalanie, w granicach 6 litrów, gdy jedziemy zgodnie z ekologicznymi liśćmi czy gwiazdkami przyznawanymi przez samochód. Tę wersje można sparować z napędem na cztery koła oraz automatyczną skrzynią biegów, ale na Boga, nie róbcie tego. Tak skonfigurowany wariant będzie szybszy tylko od żółwia, a spod maski będzie się dobywał głośny dźwięk, jedyne na co będzie stać silnik. Poza tym wnętrze jest wyciszone równie dobrze jak drewniany wychodek, więc będziecie słyszeli każdą emisję gazów.

Reszta, czyli skrzynia biegów, układ kierowniczy oraz zawieszenie są pewnym zaskoczeniem. Sprawiają wrażenie jakby wyjęto je z jakiegoś gorącego samochodu w stylu Toyoty GT86 albo MX-5 żeby nie szukać daleko. Manualna przekładnia z sześcioma przełożeniami charakteryzuje się krótkimi skokami lewarka niczym w samochodzie sportowym. Drobny obrót kierownicą o dziwo przekłada się na dokładnie taki sam ruch przednich kół. Może nie płyną z nich informacje jak z TVN24, ale i tak jest nieźle.

Wreszcie zawieszenie. Nie jest ani zbyt komfortowe ani za twarde. Trafia dokładnie w punkt niczym riposta Dawida Podsiadło na roascie Kuby Wojewódzkiego. Na dodatek jest ciche i nie dobija na wybojach. Samochód pewnie trzyma się drogi i nawet kusi, prowokuje by pojechać nieco szybciej, co jest osobliwe zważywszy na wysoką pozycję fotela kierowcy.

W istocie CX-3 to dziwny samochód. Ładny, ale tylko, gdy patrzysz na niego z przodu. Powiększony suv segmentu B z małą ilością miejsca. Posiada oszczędny ale słaby silnik, centralny obrotomierz i pewne podwozie prowokują do ostrzejszej jazdy. Wykończeniem zajęli się upojeni alkoholem Japończycy, co szczególnie dziwi, gdy spojrzymy na cennik. Otóż szefowie Mazdy stwierdzili, że są szczególnie zadowoleni z efektu końcowego, który opuszcza bramy fabryki. Ich ukontentowanie było na tyle duże, iż uznali, że od teraz będą grali w segmencie premium. To naturalnie ucieszyło księgowych, którzy zmusili sprzedawców do nakłaniania klientów by za ten samochód z dieslem 1.5 wysupływali niemal okrągłe sto tysięcy. Oczywiście bez opcji dodatkowych. Każdy z konkurentów jest wyraźnie tańszy, a Mini za Countrymana życzy sobie tylko niecałą średnią krajową więcej. Wyposażenie w Maździe co prawda jest szczodre, w końcu to najbogatsza wersja, ale za te pieniądze można kupić samochód dwa razy większy i nie jestem pewny, ale wydaje mi się, że i dwa razy lepszy.

Może zachodzić podejrzenie, że Japończycy oglądając zbyt wiele dziwnie wyglądających bajek całkowicie oszaleli i stracili kontakt z rzeczywistością, ale zdaje się że mimo wszystko trafili w dziesiątkę o ile nie jedenastkę. Otóż stwierdzili, że nie zależy im na dużej sprzedaży, nie chcą kolejek przed salonami jakby sprzedawali brzydkie buty za cenę kawalerki w centrum Warszawy jakiegoś mało znanego rapera zza Oceanu. Tym samym stworzyli samochód idealny, oni nie chcą żebyście go kupili, a wy nie chcecie go kupić. Doskonale. Podobnie jest Subwayem, to kolejny powód by nie odwiedzać stacji benzynowych.

  1 comment for “Samochód idealny. W pewnym sensie.

  1. ikstrim
    16 listopada, 2016 at 20:06

    Dziwne wnioski wysnuwa autor w tej recenzji, by nie powiedzieć, że głupie. Ja sam bym chętnie kupił tę Mazdę – sto razy wolę tak silnik niż sztucznie wyżyłowane i kilka razy bardziej awaryjne Europejczyki. Co ma znaczyć, że można mieć samochód 2x lepszy od tego? Pod jakim względem?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *