Mała żmija.

W miejscu zwanym centrum handlowym można łatwo zabłądzić. Idziesz kilometrami alejek, regały się ciągną a końca nie widać. W przypływie rozpaczy można trafić do miejsca zwanego niegdyś księgarnią, dziś oprócz książek i prasy sprzedają tam również garnki i inne akcesoria kuchenne. Fan motoryzacji nie ma tu czego szukać. Prawdę mówiąc, z książek jedyne co można tam znaleźć to te traktujące o odchudzaniu i ćwiczeniach, najczęściej napisane przez rodzimych celebrytów. Poważnie, na ilu stronach może zmieścić się fraza „jedz mniej”? Odnoszę wrażenie, że niektórzy rozciągnęli by to na całego „Wiedźmina” a co zdolniejsi być może i „Trylogię Husycką”.

I to jest dziwne. Żyjemy w zapracowanych czasach. Po dniu w pracy, na zakupach i innych rzeczach jedyne o czym marzymy to odpoczynek. Jak śpiewała Beata z Bajmu „nie masz czasu sen, nie masz czasu na seks”. Nie w XXI wieku. Teraz musisz biegać albo jeździć na rowerze. Nie rekreacyjne, w lesie, gdzie nikt nie widzi. Musisz mieć strój o jarzeniówkowej barwie i całe wyposażenie. Poza tym konieczne jest żeby robić to w centrum miasta. Serio? Czy nie przyjemniej przebywać na łonie natury? W ciszy, z własnymi myślami zamiast z setką spoconych grubasów z kiepskim poczuciem stylu, którzy sądzą, że po tygodniu na siłowni przebiegną maraton? Jakby tego było mało premiowani są pracownicy, którzy przyjeżdżają do pracy na rowerach. Co skłania was by niezbyt świeżym przybyć do biura i dodatkowo przebierać się zamiast bezpiecznie, szybko, wygodnie i klimatyzowanym wnętrzu?

Wszystko jednak wskazuje na to, że za kilka lat tak będą wyglądały centra miast. Nie w stylu postapokaliptycznym a jak rewia mody perwersyjnego projektanta z daltonizmem. Winna jest kolebka Europy, gdzie można zapalić marihuanę, zjeść ciasteczko z haszyszem albo wciąć ślub ze swoim szkolnym kolegą z ławki. Holandia. Kraj, w którym chcą w ciągu najbliższych dziewięciu lat pozbyć się samochodów spalinowych. Nie oszczędzą nawet hybryd. W 2025 roku w państwie van Gogh’a będzie można kupić tylko coś na prąd albo na wodór. Ja sądzę, że to tajemny plan lobby proislamskiego, które chce by wkrótce jedynym środkiem transportu był wielbłąd.

Poważnie? Cały renesans, kultura i postęp po to by jeździć na czymś co ma garba? Zjedz Snickersa Holandio. Albo przejedź się nową Mazdą MX-5. Póki to jeszcze w ogóle możliwe. I legalne.

Cóż bowiem może sprawić więcej radości niż mały zwinny roadster? Zwłaszcza, że teraz styliści nadali mu bardziej męskich cech, zaopatrzyli w przód o aparycji insekta a tył narysowali w stylu… tyłu Jennifer Lopez. Szczególnie podoba mi się tylni błotnik z charakterystyczną linią. Chociaż jak się nieco zastanowić to bardziej kobiecy akcent.

Jednak kwestia jest inna. Wcześniejsze generacje wyglądały, ujmijmy to w ten sposób, słodko. Niczym szczeniak. Nowa MX-5 też przypomina zwierzaka, ale jest to żmija. Popatrzcie tylko, jest jak mały Viper, co jest zrozumiałe, Dodge należy do grupy Fiata, a 124 Spider jest bratem MX-5. Pokrętna teoria, ale działa.

We wnętrzu mała Mazda jest mała. Naprawdę mała. Jest krótsza od poprzedniej generacji aż o jedenaście centymetrów i co szczególnie dziwi, nawet pierwsza generacja była minimalnie dłuższa. To niestety daje się odczuć jeśli chodzi o ilość przestrzeni. Zgadzam się, że to niewielki roadster, ale jeśli masz nieco ponad metr osiemdziesiąt wzrostu a do tego ćwiczenia nie są twoją codzienną rutyną, będziesz siedział w środku, dosłownie. Zostaniesz opatulony kokpitem. Przy zamkniętym dachu będziesz o niego ocierał i to pomimo faktu, że fotele są niżej niż w poprzedniku. Jest tu tak ciasno jak w autobusie zmierzającym do nadmorskiej miejscowości w godzinach szczytu, a obok ciebie stoi ociekający potem grubas. Poza tym regulacja kierownicą odbywa się tylko w jednej płaszczyźnie co dodatkowo utrudnia znalezienie wygodnej pozycji.

Mazda nie jest również praktyczna jeśli chodzi o schowki. Te praktycznie nie istnieją, nie ma nawet tego na rękawiczki przed pasażerem, i chociaż bagażnik zmieści dwa większe plecaki to i tak jest mniejszy niż w Seicento. Z resztą kto wpadł na pomysł by przycisk to jego otwierania umieścić kolo tablicy rejestracyjnej?

Nie pastwiąc się zupełnie, wnętrze jest wykonane z materiałów dobrej jakości, a ergonomia stoi na wysokim poziomie. Może to kwestia pewnego minimalizmu, ale nie wchodźmy w szczegóły.

I jeszcze słowo o byciu roadsterem. W tej chwili MX-5 jest dostępna tylko z materiałowym dachem., co nie wpływa dobrze akustykę. Leniwych zmartwi również fakt, że trzeba go składać ręcznie. Dobra wiadomość jest taka, że trwa to trzy sekundy, czyli zdecydowanie szybciej niż w przypadku elektrycznych silniczków.

Po sportowym samochodzie oczekujemy tabuna koni mechanicznych i gargantuicznej pojemności skokowej. MX-5 nie ma żadnej z tych rzeczy. Dzięki temu, że waży mniej niż tonę może być zasilana dość skromnym silnikiem 1.5 o równie niepokaźnej mocy 131 koni mechanicznych i 150 Nm momentu obrotowego. Nie wydaje się, żeby mała Mazda była w ogóle zdolna ruszyć z miejsca, ale prawda jest taka, że jest tylko o pół sekundy wolniejsza w przyspieszeniu do setki niż poprzednik ze 160-konnym motorem o pojemności dwóch litrów. Na dodatek silnik jest żwawy, chętnie wkręca się na obroty, nawet do siedmiu i pół tysiąca, a robiąc to zachwyca lekkością i pewną dozą gracji oraz entuzjazmu. Brzmi też całkiem dobrze jak na czterocylindrową jednostkę.

Jego idealnym uzupełnieniem jest manualna skrzynia biegów. Sześć przełożeń, krótkie skoki lewarka, dość ciasne zestopniowanie. Jednym słowem – marzenie. I jak by się ktoś pytał nie ma automatu ani wersji dwusprzęgłowej do wyboru.

Wielu idealizuje MX-5 jako świetny i zarazem relatywnie tani samochód sportowy. Tymczasem nieco zaskakuje jej komfortowe zawieszenie, które tłumi zdecydowaną większość nierówności. Jeśli jesteś chudy, niski a na dodatek wystarczy ci jedna para majtek, przy założeniu, że twoja kobieta ma podobną fizjonomię i nie nosi bielizny, możecie wybrać się na podróż po Europie. Kogo ja chcę oszukać, przecież będziesz musiał dołączyć przyczepkę na jej walizki.

Ale wracając do samochodu, na nawierzchni o twarzy nastolatka w okresie dojrzewania poczujecie się niemal jak w wygodnym Mercedesie. Zaś na naoliwionej jak… sami wiecie, zamiata tyłem niczym rasowy drifter. Wprowadzenie MX-5 w kontrolowany poślizg jest łatwe, a założenie kontry przypomina łapanie płatka śniegu spadającego z nieba. Inżynierowie świetnie ją wyważyli, idealnie rozkładając masę, którą skoncentrowali jak najbliżej środka. Silnik znajduje się za przednią osią, a maska, błotniki są wykonane z aluminium. Nawet szyby w drzwiach mają otwory tam gdzie tego nie widać. Efektem jest redukcja stu kilogramów względem poprzednika. To jedna dziesiąta masy całkowitej. Sądzicie, że to niewiele? Wyobraźcie sobie, że to prezes i Krystyna Pawłowicz razem i nagle ich nie ma. Albo jakiejś posłanki PO i Tuska. Chociaż on już uciekł za granicę.

Ciężko to opisać, ale lekkość z jaką się prowadzi jest zadziwiająca. Przy MX-5 wszystkie inne samochody są jak Bentley Continental GT. Poza Arielem Atomem. I KTM-em X-Bow. Nie siłujesz się z samochodem, nie musisz wrzucać go w zakręt, nie czujesz się jak w klatce z zawodnikiem MMA. Jazda nie przypomina rozmowy z wkurzoną kobietą, która ma okres, a miłą pogawędkę z najlepszym kumplem przy piwie i orzeszkach. W przypadku MX-5 oczywiście bez tłuszczu.

Chociaż w tej pysznej mieszance są też pewne niepożądane składniki, chodzi o wspomniane wcześniej zawieszenie. Wiem, co Mazda chciała osiągnąć. W miarę wygodny samochód dla każdego o sportowym zacięciu. Ale to jest jak hamburger z kotletem sojowym. Nadwozie, niska masa są jak burger, z prawdziwym serem, sezamową bułką, pysznym sosem. I gdy już chcesz ugryźć, poczuć smak, zaspokoić głód i zmysły otrzymujesz coś wegetariańskiego. Na zakrętach nadwozie się przechyla, co rozczarowuje. Chcesz jechać, cisnąć, czujesz lekkość, moc, ale zawieszenie sprawia, że zaczynasz myśleć o dostojnym przejeździe po bulwarze ze złożonym dachem. Być może przesadzam, MX-5 i tak jeździ świetnie, ale nawet przód odrobinę nurkuje przy hamowaniu. Nie chciałem wersji Cup ani czegoś w tym stylu, ale zwyczajnie nie mam ochoty sprawdzać granic ani ich przekraczać.

Poza tym wszystko działa z przesadną lekkością, nie trzeba się prawie w ogóle napracować. Po raz pierwszy wspomaganie jest elektryczne i całkiem niezłe, ale zbyt nerwowe z centralnym położeniu.

I to sprawiło, że zacząłem się zastanawiać. Podobno wersja z mocniejszym silnikiem jest bardziej zorientowana na sport, za granicą poprzednie wersje miały nawet swój puchar. Ta z silnikiem 1.5 wydaje się zmiękczona, jest trochę jak gadżet, dobrze jeżdżący, ale jednak gadżet. Nie jest samochodem sportowym, nie sprawi, że poczujesz się jak kierowca wyścigowy. MX-5 jest szczupłą celebrytką, która próbuje, ale jednak ma pewne braki. MX-5 jest Anną Lewandowską.

Mazda wycenia 131-konnego roadstera na niecałe dziewięćdziesiąt tysięcy. Z opcji do wyboru jest tylko lakier i nawigacja. Ma klimatyzację, połączenie z telefonem, więc jest pełnoprawnym, nowoczesnym samochodem. Wielu będzie się wahać, stanąwszy przed wyborem, MX-5, GT86 czy jakiś mocny hatchback. I tu pojawia się dylemat. Konkurenci mają więcej mocy, są bardziej praktyczni i mają twardy dach. W kategorii roadsterów bezpośredniej konkurencji nie ma. Mazda kusi lekkością prowadzenia i niską masą jednocześnie zostawiając kierowcy wiele udogodnień. Czwarta generacja jest dobrym nawiązaniem do korzeni, inżynierowie zasłużyli na premię a sam producent za to, że nie zrobił z MX-5 przednionapędowego suva z trzycylindrowym silnikiem i turbosprężarką. Sęk w tym, że dzisiaj, zepsuci, chcemy więcej. Lekkość jest upajająca, ale Lotus nie sprzedaje samochodów w milionach. Zamiast cięć zakrętów cenimy komfort, który najczęściej idzie wraz z większą masą. I tu pojawia się kandydat, Mercedes R129. Tak, niektóre egzemplarze mają dwadzieścia lat i więcej. Nie są nowoczesne, a silniki V8 nie chodzą na spotkania anonimowych paliwożerców, ale jeżdżą nieźle, zapewniają wygodę, a dla niektórych są kanonem ponadczasowej elegancji i na bulwarze ciężko je czymkolwiek przebić. Są jak kilogram argentyńskiej wołowiny, a taki posiłek to ni mniej ni więcej jak szczęście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *