Temat zastępczy, karnawał, budyń. Wszystko naraz w jednym samochodzie.

Zdaje się, że minione wybory samorządowe nie poszły zbyt dobrze. Nie mam tu na myśli ani wyników ani tym bardziej czasu potrzebnego do ich opublikowania. Chodzi o to, że znaleziono temat zastępczy. Na ogół polityka mało mnie interesuje, a pomysły rządzących nie wytrzymują próby zderzenia z rzeczywistością.

Są jednak dziedziny, do których przylegają ludzie niespełna rozumu. Już lepiej by było, gdyby parlamentarzyści zajęli się płcią Kubusia Puchatka niż kolejną zmianą przepisów drogowych.

Otóż posłanka Bublewicz, zapamiętajcie to nazwisko bo będziecie je krzyczeć na pikiecie, pragnie aby przechodnie zaczęli masowo popełniać samobójstwo. Nie dosłownie, ale relatywnie blisko.

Projekt ustawy przewiduje, że odtąd my kierowcy, będziemy musieli zatrzymać się w każdej sytuacji, nawet gdy pieszemu nawet przez myśl jeszcze nie przejdzie przejście na drugą stronę ulicy.

Żeby była jasność nie mam nic do przechodniów. Sam nim czasem jestem, zwłaszcza, gdy najbliższe miejsce parkowania znajduje się kilka kilometrów od miejsca docelowego. Sęk w tym, że przez całą młodość tłuczono mi i innym dzieciom, że chcąc przejść na drugą stronę należy się zatrzymać i popatrzeć w obie strony. Dopiero wówczas można było wkroczyć na jezdnię, oczywiście pod warunkiem, że akurat nic nie jechało. A że trzeba było poczekać? No cóż, to wpisane jest w ludzkie życie, które jest zdecydowanie warte chwili zastanowienia i gdy to konieczne poczekania. Ale nawet kilkanaście lat temu znajdowało się paru sympatycznych kierowców, którzy przepuszczali małolata, a dziś jest z tym znacznie lepiej.

Teraz jednak nieznane do końca lobby chce napuścić pieszych na kierowców. Tym samym zamierzają wyposażyć przechodniów w oręż w postaci konieczności zatrzymania samochodu przez prowadzącego w każdej sytuacji. Może czegoś nie rozumiem, ale jeśli wchodzisz do basenu wypełnionemu rekinami to kto ma uważać? Opuszczając chodnik wkraczasz na terytorium, gdzie kierowcy są uzbrojeni w przynajmniej tonowe pociski, a to solidna przewaga. Dodatkowo to oni tankując płacą za utrzymanie dróg, więc byłoby mile widziane, gdybyś z łaski swojej nieco uważał. Kiedy siedzę za kierownicą nie wyjeżdżam z podporządkowanej bez zastanowienia wprost pod nadjeżdżającą ciężarówkę. Może mnie nie zauważyć, nie zdążyć wyhamować i jest cholernie wielka oraz ciężka.

Jednym z gorących orędowników ewentualnych jest Jacek Zalewski z Krajowego Centrum Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, który w wywiadzie przyznaje, że zmiana początkowo pociągnie za sobą więcej ofiar, ale na dłuższą metę przyczyni się do zmniejszenia ich liczby. To tak jakby spalić dom wraz z rodziną bo w kuchni znaleźliście jedną mysz.

Ja wiem, że spora część kierowców to chamy i nieuki, którzy powinni siedzieć w kaftanie, a nie za kierownicą. Jest mi przykro z powodu tego, że ktoś nie dotarł do domu na kolację przez jednego czy drugiego idiotę, który postanowił wyprzedzić na przejściu w służbowym Pikaczento. Nie jesteśmy bez winy,

ale piesi również nie są święci. Często wchodzą pod koła nie patrząc na nic, a najgorsze są matki ze spacerówkami. Chcesz ryzykować to zacznij od siebie, a nie dziecka, które jest metr przed tobą. Może ono będzie miało w przyszłości więcej zdrowego rozsądku. Ubierając się tylko w ciemne kolory i niewyposażeni w coś odblaskowego nie dajecie nam zbyt wielkiego pola manewru ani szansy za zatrzymanie. To nie zemsta ani nic złego, ale nie poruszajcie się tak, jakbyście żuli trawę. Każde dziecko wie, że znacznie przyjemniej jest ją wypalić.

Nie chodzi mi o to, że piesi nie mają prawa wkroczyć na jezdnię. Jeśli już na niej są to odpowiedzialność leży po stronie kierowców, ale na litość boską niech się upewniają, że samochód będzie w stanie się zatrzymać nim bezpardonowo wtargną na zebrę.

Poza tym nikt nie wspomina nic o istniejącej infrastrukturze drogowej. Że przejścia są w złych miejscach i słabo oświetlone, że pobocza są zbyt małe, a kładek nad drogami tyle, co uczciwych ludzi w parlamencie. Ale oczywiście znaczenie wygodniej jest winę zrzucać na pieszych i kierowców, czyli nic nieznaczące statystyki.

A dzisiejszy temat również okazał się zastępczym, gdyż długo się zastanawiałem, cóż ciekawego można powiedzieć o Kii Rio. To, że mało kojarzy się z karnawałem, a bardziej z niesamowicie brzydkim modelem pierwszej generacji? Na pewno. Natomiast aktualne wcielenie, cóż, jest trochę lepiej.

Z wyglądu jest całkiem nieźle. Rio nie jest piękne, ale ma niezłe proporcje, a jego aparycja jest wystarczająca by nie jeździć z pokrowcem na nadwoziu przez cały czas. Ma nawet ledowe reflektory i 17-calowe felgi, które są częścią czegoś, co nazwano pakietem stylistycznym. „Top Model” raczej nie wygra, ale w „Rolnik szuka żony” może grać pierwsze skrzypce.

Dość podobnie jest w środku. Ilość miejsca jest zadowalająca jak na segment B, cztery dorosłe osoby mogą wybrać się w średniej długości podróż i żadna z nich nie powinna się na nic skarżyć. Może nieco kierowca, bowiem deska rozdzielcza jest masywna w okolicach prawego kolana, które czasem może włączać nawiew przedniej szyby. Poza tym wszelkie przyciski i przełączniki są łatwo dostępne i wygodnie się z nich korzysta. Prawdopodobnie nawet małpa by poradziła sobie z ich obsługą.

Bagażnik wielkością nie odstaje od konkurentów, ma 288 litrów pojemności, aczkolwiek ogromny próg załadunkowy solidnie nadwyręży wasze plecy przy załadunku i rozładunku cięższych przedmiotów. Dodatkowo złożone siedzenia nie tworzą idealnie płaskiej powierzchni.

Pomimo, że materiały użyte do wykończenia są całkiem niezłej jakości i solidnie zmontowane cierpią na pewną charakterystyczną przypadłość w relatywnie niedrogich samochodach, mają typowy zapach taniości, a to niezbyt przyjemne. Nie pomaga ani wietrzenie ani klimatyzacja. Prawdopodobnie nawet drugi właściciel będzie odczuwał tę aromatyczną woń.

Silnikowo nie ma co się spodziewać doznać znanych z Ferrari. Motor ma pojemność 1.4-litra, ale wbrew modzie nie jest wyposażony w turbosprężarkę. Jednak potrafi wykrzesać z siebie 109 koni mechanicznych oraz 137 Nm momentu obrotowego, co pozwala na przyzwoite osiągi w postaci 11,5 sekundy do setki oraz na uzyskanie prędkości maksymalnej wynoszącej 183 km/h. Przy tym wszystkim spala relatywnie niewielkie ilości benzyny, średnio nieco ponad 7 litrów drogocennego płynu, aczkolwiek za sprawą małego zbiornika paliwa, tylko 43 litry, często trzeba będzie odwiedzać stacje benzynowe.

Miłym zaskoczeniem jest skrzynia biegów. Ręczna przekładnia działa precyzyjnie i wybija się ponad przeciętność zestawu napędowego. Przyjemnie jest z niej korzystać a także mieć pewność, że jest pod ręką.

Z kolei układ kierowniczy sprawdza się znacznie gorzej. Cechuje go duża siła wspomagania oraz wyjątkowo uboga komunikatywność. Gdybym był saperem nie zdecydowałbym się za jego pomocą rozbroić bomby.

W kwestii dynamiki również nie najlepiej radzi sobie zawieszenie. Naturalnie nie można wymagać od niego doznań rodem z BMW ze znaczkiem M, ale to zamontowane tutaj jest nieco zbyt miękkie. Samochód prowadzony nieco szybkiej zaczyna się wychylać na zakrętach i pokazuje swoją dość słabą trakcję przy prędkościach granicznych. Nie jest to specjalnie niebezpieczne, w końcu nikt nie wymaga od Rio ustanawiania rekordowych czasów na oesach, ale przyjemnie byłoby, gdyby dawało chociaż nieco przyjemności z prowadzenia. W tej chwili jest jak komentujący głos z Teleexpressu bez twarzy. Niby dowcipny, ale do Bałtroczyka mu naprawdę sporo brakuje.

Część z tych niuansów traci na znaczeniu, gdy poruszamy się tylko w mieście. Tutaj mała Kia dzielnie radzi sobie z nierównościami i innymi trudami związanymi z ciasnymi uliczkami. Jest zwrotna, a jakiekolwiek manewrowanie odbywa się z dziecinną łatwością. Natomiast wyjazd poza rogatki powoduje, że zaczynasz myśleć o zmianie samochodu. Silnik jest mało elastyczny, a zawieszenie nie daje spodziewanej pewności. To nie jest coś, co nazwalibyście bezpiecznym oraz pewnym prowadzeniem i chcieli spędzić tutaj więcej czasu niż to konieczne. Jest z tym jak jedzeniem budyniu za pomocą widelca. Jest to możliwe, ale przyjemność z tego żadna a i szkoda życia, czasu i cierpliwości.

Niegdyś samochody pokroju Kii miały solidny atut w postaci niewygórowanej ceny. Jednak zmiany związane z rozwojem i solidnością większą niż rozmokłego kartonowego pudła spowodowały a także aparycją lepszą niż tegoż, że Rio z silnikiem 1.4 kosztuje niemal 46 tysięcy złotych. Jeśli popatrzeć na podobne silnikowo Fiestę, C3 czy Polo to te wymagają wyłożenia odpowiednio 52, 55 i 58 tysięcy, a często nie mają w sobie opcji, które Kia serwuje w standardzie. Jednakże zanim złożycie podpis pod zamówieniem zajrzyjcie do salonu Skody, gdzie świeżo wprowadzona do sprzedaży 110-konna Fabia 1.2 jest wyceniona identycznie jak Rio, a to stawia ją w pozycji tatara zamówionego przez Jasia Fasolę. Dostajesz nieznane danie, którego w najśmielszych snach się nie spodziewałeś i już sam jego wygląd nie zachęca do jedzenia. Sytuacji nie poprawia nawet 7-letnia gwarancja. Poza tym wydanie na samochód tej marki blisko 50 tysięcy złotych nie wydaje się czymś, co można by nazwać świąteczną promocją. Zwłaszcza, gdy konkurencja jest tak dobra i niekoniecznie wyraźnie droższa.

Płyną z tego dwa wnioski. Pierwszy jest taki, aby nie dawać producentowi pretekstu na stworzenie czwartej generacji. Drugi jest w zasadzie apelem. Bracia piesi, porzućmy uprzedzenia i wybaczmy sobie. Idźmy ramię w lusterko. Niech połączy nas wspólna nienawiść do rowerzystów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *