Jeśli nie lubisz swojej rodziny albo bekonu to Honda ma dla ciebie coś idealnego.

Każdy stara się nam wmówić, że prędkość zabija. W miastach obecnie kierowcy są albo przeganiani z ulic albo zmuszani do toczenia się z prędkością śpiącego leniwca. Poza nimi na każdym kroku są ograniczenia. Piękna dwupasmówka z barierkami i bezpiecznymi skrzyżowaniami bez przejść dla pieszych? Co najwyżej 70. I dziesięć fotoradarów. Kto wie, ale być może „Hamleta” trzeba będzie napisać na nowo. Albo przynajmniej wyrzucić zdanie „źle się dzieje w państwie duńskim”.

Otóż w drugiej ojczyźnie Czesława Mozila urzędnicy z tamtejszego GDDKiA wpadli na pomysł zwiększenia limitów. Co prawda jedynie o 10 na drogach krajowych, ale na autostradach już o równe 20. Nie tylko okazało się, że nie zginęło więcej osób, ale liczba ofiar zmalała. Mimo, że średnia prędkość na danym odcinku nie uległa większej zmianie to jednak ruch zyskał na płynności. Z badań przeprowadzonych przez Vejdirektoratet wynika, że wszystkiemu winna jest różnica w szybkości między wyprzedzającymi a wyprzedzanymi, czyli wszystkiemu winni są ci w dychawicznych Corsach i 206-tkach.

Ale również i u nas sytuacja wygląda podobnie. Dzięki nowym 740 kilometrom dróg i autostrad liczba ofiar spadła o 16 procent względem roku 2011. I to mimo napływowi kibiców na Euro 2012. Wychodzi na to, że jednak Jeremy Clarkson nie bez przyczyny dostał tytuł doktora Oxford Brookes University. Prędkość jest dobra.

Nic jednak nie jest mniej szybkie niż praktyczny samochód. Co prawda Audi od jakiegoś czasu udowadnia, że jest inaczej, ale jednak w większości przypadków vany i kombi to nudne i powolne samochody do przewożenia rocznego zapasu pieluch. I reprezentant kraju Kwitnącej Wiśni dokładnie taki jest.

Ostatnie dwie generacje Hondy Civic najlepiej opisuje przydomek jaki zyskała – UFO. Od premiery ósmej generacji zdążyliśmy się już nieco do niej przyzwyczaić, ale nadal wywołuje sprzeczne myśli. Odznacza się od konkurentów, aczkolwiek jeszcze nie spotkałem osoby, która by powiedziała „tak, kupiłem Civic’a bo podoba mi się jak wygląda”. Żaden esteta nie nabierze się na ten numer.

Teraz jednak pojawiła się nowa wersja i muszę was od razu rozczarować, to nie Type-R, chociaż na początku czułem mrowienie w lędźwiach. Nie, jeszcze nie poczułem instynktu tacierzyńskiego. Civic kombi kojarzył mi się do tej pory ze 169-konną wersją AeroDeck szóstej generacji. Type-R miał tylko szesnaście więcej, a w lekkim nadwoziu to zupełnie wystarczało do jazdy bardziej niż dynamicznej. I wyglądała całkiem smakowicie, niemal jak kanapka z bekonem na śniadanie. Ostatnio jednak sprawy przybrały zdecydowanie gorszy obrót.

Wiem, że o gustach się nie dyskutuje, ale muszę przyznać, że pierwszy raz od dłuższego czasu wstydziłem się wsiadać do samochodu. Civic jest po prostu brzydki. O ile hatchback wygląda jak fanaberia szalonego designera wykorzystanego przez kosmitów to kombi ze swoimi dziwnymi liniami, napuchniętymi nadkolami i klapą wygląda jak człowiek, który wstrzymywał oddech przez ostatnie sto lat. Z profilu wygląda niewiele lepiej od Priusa Camper Van.

Podobna historia jest w środku. Dlaczego producenci uparcie starają się odróżnić od innych najbardziej karkołomnymi pomysłami? Niedługo ktoś wpadnie na pomysł umieszczenia prędkościomierz z tyłu. Zaraz, tak było w Maybachu.

Co prawda ergonomia nie kuleje za bardzo, ale nie jest to wnętrze, w którym chciałbyś spędzać więcej czasu niż to konieczne. Z tyłu jest mało miejsca, a drzwi są zbyt wąskie. Pozycja za kierownicą mimo ustawień jest za wysoka. Wszyscy was widzą przez szyby, więc uczucie wstydu jest kilkukrotnie większe. Przynajmniej fotele są całkiem wygodne.

Jak na kombi przystało bagażnik jest sporych rozmiarów. Podobno jest największy w klasie o ile nie rozłożycie siedzeń, inaczej Octavią przewieziecie więcej powietrza.

Silnik to sprawdzona jednostka Hondy. Rozpędza się całkiem dobrze, chociaż jest zbyt głośny. Na osłodę biegi zmienia się szybko i precyzyjnie, więc coś ze starych i dobrych rzeczy pozostało.

Niestety w Civicu panuje eco-moda. Na wyświetlaczu ciągle pojawiają się jakieś listki i uśmiechnięte mordki misiów polarnych, gdy naciskacie na gaz z siłą piórka i wcale nie hamujecie. Inaczej karci zabierając paski o sobie znanej wartości.

Jako, że to samochód o nadwoziu praktycznym nie należy się spodziewać wybitnych właściwości jezdnych. Prawdę mówiąc zawieszenie jest równie miękkie co w tanich sedanach sprzed dziesięciu lat pokroju Renault Thalii. Buja jak na kutrze w czasie sztormu, co potęguje objawy choroby morskiej. Jakby mało było właścicielowi na sam widok linii nadwozia.

Za tę wątpliwą przyjemność przyjdzie zapłacić blisko 82 tysiące. To mniej niż za Focusa, Megane czy Golfa, ale jednocześnie o prawie 10 tysięcy więcej niż za Octavię o podobnej mocy. Jasne, Civica można odpowiednio skonfigurować i mieć system aktywnego hamowania z laserami, asystenta pasa ruchu, martwego pola czy rozpoznawania znaków, ale konkurenci również to mają. Czasem trzeba dopłacić trochę więcej, aczkolwiek nie na tyle dużo, żeby kierować się do salonu Hondy.

Szczerze mówiąc nigdy nie lubiłem Octavii, zwłaszcza w wersji kombi, jednak mając do wyboru ją albo Hondę bez wahania zadzwoniłbym do sprzedawcy Skody. Przynajmniej nadal miałbym rodzinę i psa, który nie wymiotuje.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *