Ciepły, lekki wiatr o umiarkowanej sile.

Nie jestem podatny na reklamy. Przynajmniej tak lubię myśleć, chociaż to podobno świadczy o czymś zupełnie przeciwnym. Nie wiem kto ma najlepsze kampanie reklamowe, aczkolwiek pamiętam pojedynek na billboardy Audi, Mercedesa, BMW i subtelną odpowiedź Bentleya.

Ostatnio jednak jadąc samochodem i słuchając radia usłyszałem reklamę Volkswagena. Wszystko było w niej doskonałe. Tekst i to jak został on wypowiedziany. Prawdę mówiąc ciężko było mi ją w pełni zrozumieć, gdyż poczułem nagły transfer osocza z górnych stref do tych położonych jakieś siedemdziesiąt trzy centymetry niżej. Mówiąc językiem nieliterackim miałem erekcję.

Reklamowany samochód miał wszystko. Biksenonowe reflektory rozświetlające drogę, systemy, dzięki którym byłem bezpieczny i automatyczną klimatyzację ustawioną na temperaturę taką jak lubię. Do tego eteryczny głos Agnieszki Więdłochy.

Prawdę mówiąc do tej pory do każdej generacji Passata miałem stosunek ambiwalentny. Nie lubiłem tego, że wszyscy go uwielbiają, a jeśli jest w wersji kombi z silnikiem diesla to przykro mi, ale twoje nowe Ferrari to śmieć. Gdzieś w oddali majaczyła wersja W8, ale nigdy nie przebiła się ponad napędzane ropą siostry.

Aktualnie dostępna jest siódma wersja Passata, która jest tak naprawdę szóstą po głębokim liftingu. Z pewnością nie jest piękny. Dla wielu zaletą jest, że bardziej przypomina skałę niż rozmiękczony makaron. Nie da się ukryć, że wygląda solidnie i całkiem elegancko, a że nie uwodzi zmysłów? Nie tego oczekują klienci.

Ta sama historia jest we wnętrzu. Znajdą się tu gdzieniegdzie nieco gorsze materiały, ale nad nimi zdecydowanie górują te lepsze. Ergonomia jest bez zarzutu, a miejsca jest naprawdę sporo. Również fotele są wygodne i komfortowe. Nie ma tu jednak designerskich harców w stylu pierwszej generacji Focusa, ale te prawdopodobnie doprowadziły Hansa do rozstroju nerwowego. Może się podobać i jest dobre, ale do bólu poprawne pod każdym względem. I dość ciemne. Jeśli jednak robicie z tego zarzut lepiej od razu skierować się do konkurencji.

Silnik to z kolei woda święcona na wyznawców diesla i wielkich pojemności. Skromne 1.4 wspomagane sprężarką mechaniczną i klasyczną turbosprężarką pozwala wykrzesać 160 koni mechanicznych. Dzięki niej Passat jest całkiem żwawy i oszczędny. W każdym zakresie obrotów ma wystarczająco pary, żeby przyspieszyć. Nawet nie trzeba zbyt często zmieniać biegów, chociaż te wchodzą szybko i bezbłędnie. Trzeba mocno nie lubić ruszać prawą ręką, żeby wysupłać dziesięć tysięcy na wersję z DSG.

Oczywiście wrażliwym na muzykę pozostaje skupienie się na dźwiękach płynących z fabrycznego systemu audio.

Jeśli chodzi o zawieszenie to tym razem Niemcy skierowali się na zachód. Nowy Passat stał się bardziej komfortowy niż puchowa kołdra, a jazda po dziurach nie robi na nim żadnego wrażenia. Szkoda, że cierpią na tym nasze wnętrzności latające na zakrętach i bujające na śpiących policjantach.

Również układ kierowniczy poszedł w tą stronę. W poprzedniku były w zasadzie dwa tryby, lekki parkingowy i bardziej bezpośredni autostradowy. Teraz wszystko wypośrodkowano i mimo niezaprzeczalnych zalet można utyskiwać na jego pewne otępienie. Za to nie można narzekać na układ hamulcowy.

Dzisiejszy Passat przypomina Mercedesy sprzed paru, parunastu lat. Jest solidnie wykonany i tworzy aurę trwałości. Wiele rzeczy robi bardzo dobrze, a tych kilka jedynie dobrze, więc generalnie nie ma na co narzekać. Prawdę mówiąc to niemal idealny samochód dla Kowalskiego. Sęk w tym, że tutaj nie działa wyłącznie magia znaczka. W końcu w oczach statystycznego Polaka otrzymujemy niemal luksusowy samochód, który ostatecznie jest najlepszy pod słońcem. Kosztuje niemal tyle samo co Mondeo, chociaż Laguna i Mazda 6 potrafią być zauważalnie tańsze. Wyposażenie tanie nie jest, ale również u konkurentów trzeba uważać, żeby zbytnio się nie zapędzić w konfigurowaniu swojego wymarzonego modelu.

Jeśli miałbym coś zarzucić Passatowi to brak pazura. Pod wieloma względami sprawdza się świetnie, ale jest przy tym zbyt bezpłciowy. Nie ma pasji, nie ma dramatu. Opowiedzcie mu żart a się nawet nie uśmiechnie. Za to jest niemal pod każdym względem dopracowany i w każdej chwili zachowuje się jak nasz stary i odpowiedzialny przyjaciel, który przytrzyma was za głowę w niezręcznym momencie po imprezie. A że nie zawsze jest rozrywkowy to w końcu nie największa wada.

W tej wersji jednak prawie nikt go nie kupi. Nie ma jedynego słusznego silnika, czyli diesla i jedynego słusznego nadwozia, czyli kombi. Poza tym to bardzo dobry samochód, chociaż bliżej mu do głosu Krystyny Czubówny – jest rzeczowy i konkretny. A ja wracam do słuchania reklam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *