Jeśli nie mieszkasz w Sosnowcu to raczej nie pojedziesz nim zbyt szybko.

W Polsce z różnych względów cenimy sobie niemiecką motoryzację. Ciężko jest przejść kilka metrów by nie zobaczyć jakiegoś Volkswagena czy BMW, a to powoduje, że nasze ulice wkrótce staną się monotematyczne. Wiadomo bowiem, że pierwszy samochód mocno definiuje następny. Jeśli zbytnio się nie psuje i nie trzeba spalić go pod siedzibą lokalnego dilera za niewymienioną żarówkę dość chętnie wybieramy następny model tej samej marki. Zaczynając od Golfa wkrótce wybierzecie Passata. Jeśli poszczęści się wam w pracy z pewnością wybierzecie wygodnego Touarega, a wasza żona spędzi z wami gorącą noc, gdy na jej miejscu postojowym zaparkuje Scirocco.

Na podstawowych modelach ciąży ogromna odpowiedzialność. Jeśli będzie zły wybierzecie konkurenta i nie zostaniecie z konkretną marką przez najbliższe dwadzieścia lat. Tyle tylko, że najtańsze samochody na ogół nie są wystarczająco dobre. Czasem muszą sprawdzić się na autostradzie mimo że są przeznaczone głównie do miasta. Najczęściej jeździcie sami do pracy, ale raz w roku dobrze by było przewieźć coś więcej niż paczkę paluszków. Małe silniki niewiele palą, aczkolwiek bycie wiecznym zawalidrogą szybko wywoła u was schizofrenię połączoną z chęcią mordowania.

Sytuacja wygląda nieco inaczej w przypadku samochodów luksusowych. Bo co może mieć wspólnego klasa A z S? Dzieli je pół miliona powodów, a łączy jedynie znaczek na atrapie i tylnej klapie. W momencie, gdy słyniesz w wielkich limuzyn i gargantuicznych terenówek tworzenie kompaktowego modelu niejako mija się z celem.

Dlatego właśnie stworzenie przez Lexusa CT200h wydaje się niedorzeczne. Wygodne limuzyny, komfortowe suvy, dwa modele sportowe i pośrodku nich, niczym kopciuszek, mała hybryda. Tak, kombinat silników elektrycznych i spalinowego to jedyna opcja wyboru.

Jednak podchodząc bez uprzedzeń można powiedzieć, że mały Lexus to nie tylko samochód, który można określić mianem ładnego, ale jego agresywny wygląd stawia go niemal na równi z Focusem RS. Ostre linie i muskularna sylwetka budują obraz szybkiego ulicznego wojownika. Tyle, że w jeździe o kropelce.

Wnętrze powoduje dysonans poznawczy. W jednej chwili zatapiacie się w komfortowych fotelach obitych świetnej jakości skórą, patrzycie na deskę rozdzielczą rodem z przyszłego dziesięciolecia, widzicie wszystkie gadżety i dotykacie miękkich niczym puch materiałów. W końcu to luksusowy Lexus. Błąd.

Po paru sekundach zauroczenia i pewności, że postawiliście na właściwy samochód obcujecie z tworzywami o fakturze papieru ściernego, twardych niczym kamień, „trzymacz” telefonu komórkowego ciągle lata i się przesuwa uniemożliwiając sterowanie radiem i ciągle włączając podgrzewanie fotela. Nie ma problemu, żeby podłączyć iPoda, ale wtedy nie można zamknąć przegródki z wtyczką ze względu na wystający kabel. Drobiazgi, ale bywają bardzo irytujące.

Następnie patrzycie na rozpasanie jeśli chodzi o wyposażenie. W końcu macie osiem poduszek powietrznych, nawigację, wysokiej jakości sprzęt nagłaśniający rodem z najlepszych sal by po chwili stwierdzić, że elektrycznie można regulować tylko fotel kierowcy, a z centralnej konsoli spoziera na was elektroniczny zegarek rodem z Japończyków końca dwudziestego wieku. No i ten hamulec ręczno-nożny, który jest krzykiem mody lat jak bikini. Owszem, spełnia swoją rolę, ale konkurenci od jakiegoś czasu noszą już stringi.

Patrząc na linię pewnie pomyślicie, że CT200h ma ze dwieście koni mechanicznych. Cóż, gdyby tylko moc silników się sumowała. Benzynowa jednostka dostarcza 98 rumaków, a elektryczna kolejne 80. Nie było by źle, ale w sumie dają 134. Do tego są sprzężone z bezstopniową skrzynią biegów, która uwielbia utrzymywać jednostajne obroty.

Lexus nie jest zbyt szybki, ale bez obaw, pojedynek ze służbową Pandą powinniście wygrać. Za to spalanie jest niskie. Bez względu na okoliczności nie przekracza sześciu litrów. Pod warunkiem, że nie wciśniecie bezsensownego trybu sportowego. Wtedy miejsce wskaźnika ładowania i odzyskiwania energii zajmuje obrotomierz, a podświetlenie zaczyna bić po oczach czerwienią. Wówczas cała fabryka pracuje z pełną siłą, a układ kierowniczy się wyostrza. Bezsensu. Szansa, że ktokolwiek będzie chciał pojechać szybko hybrydowym Lexusem jest jak trójkąt z młodymi Azjatkami w Sosnowcu. Wiadomości płynące z przedniej osi i tak są, nazwijmy to niewyraźne. Nie ma potrzeby silenia się na sportowe doznania bo ich tutaj po prostu nie ma. Również tryb Eco niepotrzebnie ingeruje w samochód. Wówczas upośledza rekcję pedału gazu, a klimatyzacja chłodzi jakby pod deską rozdzielczą siedziała mysz, która kaszle. Różnice w spalaniu są marginalne, o ile faktycznie są, więc najlepiej jeździć w trybie Normal i nie zaprzątać sobie głowy innymi ustawieniami. To nie BMW M Power, gdzie ciągle gmera się z reakcją przepustnicy i wielkością dostępnej mocy.

Poza tym jest jeszcze kilka innych minusów. Zawieszenie jest zbyt twarde nie tylko jak na charakter samochodu, ale w ogóle bliżej mu do taboretu niż do kanapy. Dodatkowo zdaje się zbyt niskie, więc trzeba mocno uważać, żeby nie przytrzeć przedniego spojlera.

Mimo wysiłków nie udało mi się polubić kompaktowego Lexusa. Spodziewałem komfortowego miejskiego przemieszczacza, w którym będę kojąco przemierzał kolejne skrzyżowania i spokoju będę mógł oddawać się dźwiękom systemu audio. Nic z tych rzeczy. Prawdę mówiąc pod maską kryje się dokładnie ta sama technologia co w Prius. Z tyłu jest mało miejsca, widoczność jest kiepska i mimo że w tej chwili można go kupić taniej niż Toyotę nie warto nim zaprzątać sobie głowy. Blisko sto tysięcy za nierówny samochód to dużo. Tym bardziej, że porządnie wyposażona wersja kosztuje blisko o 60 więcej plus dodatki, a sam wygląd i niskie spalanie nie są warte aż takiego poświęcenia. Konkurenci kosztują podobnie, ale są zdecydowanie bardziej dojrzali i przemyślani. Ktoś w Japonii powinien popełnić seppuku.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *