Zaopiekuj się mną.

Chcąc nie chcą istniejąc w społeczeństwie można zaobserwować pewne zachowania, którym jeśli dobrze się przyjrzeć nie mają tak naprawdę logicznego wytłumaczenia. W okolicach pełnoletniej godziny lub nieco później wiele osobników zasiada przed skrzynką pokazującą kolorowe i ruchome obrazki, żeby zobaczyć co słychać na tym świecie. To jestem w stanie nawet zrozumieć, chociaż, gdy robiłem sobie kilkudniową przerwę w czasie wakacji okazywało się, że nie działo się absolutnie nic. Codziennie niby wszystko się wali, a na drugi dzień jest jak z polską reprezentacją, czyli nic się nie stało.

Po Wiadomościach czy też Faktach są informacje sportowe. Nie całkiem rozumiem ich istnienie. Najczęściej pokazywane i komentowane w nich są po wydarzenia, które przez zainteresowanych zostały tak czy inaczej wcześniej obejrzane.

Jednak najgorsze przychodzi później i nie mam tu na myśli orędzia. Pojawia się ładna pani czy inny zwierzak i zaczyna mówić jaka czeka nas pogoda, co jest absolutnie bez sensu. Sprawdzalność jest mniejsza niż w przypadku wyborczych sondaży. Nie chodzi o to, że meteorolodzy mylą się o kilka stopni ani też o to, że wieczorem zapowiadają słońce, a następnego poranka budzisz się i są chmury.

Kiedyś, gdy większość mieszkała na wsi miało to pewnie swoje wytłumaczenie. W końcu trzeba było pójść na pole albo coś wymłócić. A dzisiaj? To jaka będzie pogoda zobaczycie rano. Czy ktoś z was oglądając wieczorne zaklinanie rzeczywistości szykuje na rano parę kaloszy? Gdy przed wyjściem widzisz deszcz po prostu bierzesz parasol albo bijesz rekord w biegu na przystanek.

Poza tym nie ma wielkiej różnicy między jednym dniem a drugim. W większości miejsc na świecie klimat jest stały albo lekko zmienny. Nie ma tak, że jednego dnia jest upał, a drugiego nie budzicie się w epoce lodowcowej. Jeśli dzisiaj jest mróz i pada śnieg to czego się spodziewacie jutro? Bo chyba nie temperatury sprzyjającej dojrzewania bananów.

A to wszystko prowadzi nas do tego, że mamy zimę. W grudniu? Nie, niemożliwe. Zastanawialiście się jakie są zwiastuny tej pory roku? Śnieg? Gdzie tam. Że zimno? Ależ skąd. Święta? Nie bardzo.

Najważniejszym przejawem tego, że w końcu nadeszła zimna jest pierwszy nie całkiem kontrolowany poślizg wykonany przez was i wasz samochód. Jeśli macie sprawne cztery kółka a na nich odpowiednie opony to sugestia, że nawierzchnia jest daleka od zapewniającej optymalną przyczepność. Kończy się czas ułańskiego pokonywania zakrętów i hamowania na światłach w ostatniej chwili. Trzeba uważać, ale nie ma paniki. Chociaż biorąc pod uwagę umiejętności polskich kierowców nie byłbym taki pewien.

Zaopatrzony w umiarkowaną paranoję poczułem się w miarę bezpiecznie dzierżąc kluczyki do niewielkiego Volvo. Wszakże to marka słynąca z opieki nad swoimi klientami. Odkąd nie ma Saaba tylko producent z mroźnej krainy konsekwentnie realizuje politykę bezpiecznych samochodów. Nie żeby inni tego nie robili, ale w Volvo szczególnie się do tego przykładają.

Jednak produkowanie kwadratowych kombi nie daje spodziewanych wyników finansowych. Paznokcie słabo się nadają do podszczypywania niemieckiego segmentu premium. Dlatego też kompaktowe V40 ma przynieść oczekiwaną odmianę. Kłopot w tym, że musi zastąpić aż trzy do tej pory produkowane modele.

V40 jest hatchbackiem. Nie kombi, choć takim tropem mogliby iść fani marki. Również stylizacja może im się nie spodobać. Kształty wzięte od linijki, kanciaste krawędzie zastąpiły obłości. Linii bocznej nie można traktować już w kategorii poziomicy, bowiem ta wznosi się od przodu aż po tył. Piąte drzwi zostały potraktowane czymś co można nazwać stylistycznymi zabiegami i to bez udziału ekierki. Nie znaczy to jednak, że Volvo jest brzydkie. Co więcej jest eleganckie i powinno trafić w gusta wielu osób, a w końcu zdaje się o to chodzi.

Minimaliści docenią spokój panujący we wnętrzu, chociaż pierwszym zastrzeżeniem jest centralna konsola, na której zgromadzono sporą liczbę przycisków, w tym numerycznych. Tak naprawdę każdy z nas zna tylko swój własny numer telefonu, a dzwonienie do samego siebie zaowocowałoby dość przewidywalną rozmową. Po za tym tak zwana pływająca konsola. Może to nawet fajne i ciekawe, ale raczej niezbyt użyteczne. Nic nie przychodzi mi do głowy, żeby móc tam trzymać.

Kolejne dwa gadżety również są średnio przemyślane. Podświetlana gałka dźwigni zmiany biegów wygląda jak tani produkt z katalogu tuningowego, a lusterko wsteczne bez ramek może i robi wrażenie, ale nie sposób zmienić jego położenia bez zostawienia na nim kilku odcisków palców.

Na szczęście reszta sprawuje się znacznie lepiej, łącznie z ciekłokrystalicznym wyświetlaczem zamiast wskaźników. Stylistycznie zachowaną czystą formę. Wnętrze jest wykonane z dobrych materiałów, plastiki są przyjemne w dotyku, skóra rozkoszna, a szczotkowane aluminium to nie kawałek chropowatego tworzywa.

Przestrzeń jest wystarczająca by zachęcić cztery dorosłe osoby do wybrania się w dalszą podróż. Fotele dobrze podpierają ciało, a jednocześnie są komfortowe i wygodne. Istnieją jednak dwa minusy. Osadzono je dość nisko, przez co pasażerowie z tyłu mogą narzekać na ilość miejsca na stopy. Kolejna to bagażnik. Ma 335 litrów. Taka pojemność jest do przełknięcia w przypadku tygodniowych zakupów, ale raczej nie jeśli chodzi o wakacyjny wyjazd. Chyba wszyscy konkurenci mają większe kufry.

O bezpieczeństwie można pisać elaboraty. Nie zdziwiłbym się, gdyby instrukcja do V40 była bardziej opasła niż cały „Wiedźmin”. Roztargnieni w mieście mogą zapomnieć o hamowaniu bowiem do 50 km/h samochód sam zadba o całość przodu. Diody na lusterkach informują o innych uczestnikach ruchu, którzy akurat znajdują się w martwym polu. Pomyślano nawet o przechodniach, którzy mogą wpaść na maskę. Pod nią bowiem zamontowano poduszkę powietrzną, która ma zamortyzować ewentualne uderzenie. Szkoda, że przechodnie z wdzięczności nie dorzucają się do zakupu w salonie. Lista innych udogodnień i aniołów pozwoliłaby wygrać dowolną męską licytację przy piwie. Pod warunkiem, że ktoś byłby zainteresowany.

W Volvo od dawna wiedzieli jak się robi fajne silniki. Zwłaszcza wersje z turbosprężarką były aksamitnie zestrojone i zapewniały duży przypływ mocy. Teraz jednak czasy nie są tak różowe, a bardziej zielone. Silnik ma skromną pojemność 1.6-litra, ale rozwija rozsądne 150 koni mechanicznych i blisko dwa razy tyle Nm, dzięki czemu nie zasługuje na miano zawalidrogi. Do setki rozpędza się w niecałe 9 sekund, a rozpędzanie kończy na 210 km/h. Opojem również nie jest, traktowany normalnie zużywa średnio w okolicach 9 litrów benzyny. Brzmi również nie najgorzej, aczkolwiek nie spodziewajcie się nadzwyczajnych wrażeń odsłuchowych.

Jego dopełnieniem jest sześciobiegowa, manualna skrzynia biegów. Poszczególne przełożenia wchodzą intuicyjnie i jakby same z siebie, co powoduje zadowolenie u kierowcy.

Nieco gorzej jest w przypadku układu kierowniczego. Ten jest umiarkowanie precyzyjny i średnio komunikatywny. Działa zbyt lekko i cierpi na charakterystyczną przypadłość dzisiejszych mechanizmów, jest zbyt mocno wspomagany.

Mimo, że V40 zbudowano na płycie podłogowej drugiego Focusa nie należy się spodziewać jego właściwości jezdnych. Tutaj postawiono na komfort i bezkompromisowe przemieszczanie się niezmącone niepotrzebnymi dźwiękami czy nierównościami. Mimo to samochód na szczęście nie przechyla się na zakrętach, a zachęcony do zabawy potrafi zarzucić tyłem.

No właśnie, zabawa. Ja wiem, że to nie mała wyścigówka ani też coś, co ją mniej lub bardziej udaje. Jeśli cechuje was dezynwoltura w prowadzeniu hamulce i gaz szybko lecą na skargę do mózgu V40, by naskarżyć na kierowcę jaki to jest nieodpowiedzialny. Nie spodziewałem się radości z jazdy ani ostrości skalpela w pokonywaniu zakrętów, ale odrobina przyjemności z siedzenia na lewym fotelu byłaby mile widziana. V40 czujesz się trochę jak pasażer. Samochód cały czas czuwa byś nie zrobił sobie krzywdy i z jednej strony jest to pokrzepiające, ale z drugiej gdyby czasem przymknął oko to świat by się nie zawalił.

Mimo to niezmienny pozostaje fakt, że Volvo przez cały czas jest stabilne i dba o to, by każda podróż znalazła swój przyjemny koniec w miejscu docelowym. Jest jak trzecie oko, które obserwuje i w razie czego reaguje. Pytanie tylko czy kiedyś nie zwariuje a także czy w pełni można na nim polegać. Pewnie są sytuacje, w których kierowca zareaguje wolniej lub przez nieuwagę wcale, ale zawierzenie w pełni pojazdowi nie wydaje mi się optymalnym rozwiązaniem. Jeśli ktoś z tego korzysta droga wolna, pozostała część może zdać się tylko na siebie nie posługując się tymi dobrodziejstwami lub po prostu kilku z nich nie zamawiać.

Przyjemność z posiadania kompaktowej niani ze znaczkiem Volvo w podstawowej wersji wyceniono na 80 tysięcy. Wariant T3 jest droższy o 10. Linia wyposażeniowa Momentum to konieczność dopłaty rzędu kolejnych 14. Kompletnie wyposażony samochód kosztuje dwa razy tyle co najtańszy model. Jest to o jakaś jedną dziesiątą mniej niż w przypadku Audi, BMW czy Mercedesa, ale dla porównania 140-konny Golf kosztuje 77 tysięcy, a Focus 84. Najbliższy w koncepcji Citroen DS4 to wydatek 80 tysięcy, a ma już automat na pokładzie. Trzeba również dodać, że decydując się na wersję Momentum pozbawiamy się jednocześnie możliwości posiadania Golfa GTI czy Focusa ST, a ich silniki mają więcej niż 200 koni mechanicznych. Wydawać by się mogło, że to wybór równie trudny jak nocne rozmyślanie czy iść do toalety za potrzebą czy raczej jednak zostać w ciepłym łóżku i wytrzymać do rana. Tak czy inaczej Volvo V40 to dobry samochód, ale zdecydowanie bardziej odpowiedni dla kogoś kto nie interesuje się motoryzacją i nie czerpie radości z każdego przejechanego kilometra.

 

PS: Po rzetelnym przemyśleniu wszystkiego stwierdzam, że jednak są dwie grupy osób, które powinny oglądać prognozę pogody. Są to wiecznie zaskoczeniu drogowcy oraz pracownicy kolei.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *