Ten samochód jest jak Brian Johnson, ostatni dinozaur, synku.

Części z was nie spodobała się opinia, że BMW M135i może być rockandrollowe. W pewnych przypadkach nie ma nawet kluczyka. Zbiegiem okoliczności mam dzisiaj coś co będzie AC/DC w wydaniu unplugged. Na pełnej głośności z wszystkimi syntezatorami i wzmacniaczami, więc włączcie radio, zapuśćcie „Highway to hell” i posłuchajcie.

Wiem, że jest już trochę późno na wrażenia z jazdy C6-tką, gdy do salonów puka już C7 Stingray, ale kiedy otrzymujesz możliwość jazdy amerykańskim samochodem z V8-ką pod maską to raczej nie odmawiasz.

Jazda współczesnymi, zaawansowanymi technicznie samochodami tępi zmysły i odbiera poczucie stu procentowego prowadzenie i panowania nad maszyną. Nie jest nudna, ale zabiera pewną część zaangażowania konieczną dawniej. Teraz mamy elektronicznych stróżów czuwających nad bezpieczeństwem i komfortem, a szybką jazdę zapewnia parę przycisków z napisem „Sport” lub „R” oraz łopatki przy kierownicy do zmiany przełożeń lub po prostu pozostawienie lewarka skrzyni biegów w pozycji „Auto”.

Te rzeczy jednak były inne parę lat temu, ale zdaje się, że amerykańskie samochody hołdują im do dziś. Proste, a patrząc z europejskiej pozycji wręcz prymitywne, tylne zawieszenie, wielkie pojemności mogące obdzielić kilka samochodów na Starym Kontynencie, nie warte wspominania automaty zaparzające kawę między zmianą kolejnych biegów czy wnętrze z materiałów gorszych niż butelki po Cisowiance. Tak mniej więcej prezentuje się odchodząca na zasłużoną emeryturę Corvette Grand Sport.

Produkowali ją od 2004 roku, co w przypadku cyklu projektowego oznacza, że zabrali się za to w poprzednim stuleciu, czyli w czasie, gdy w Białym Domu rozporek rozpinał Bill Clinton.

Nadwozie mimo prawie dziesięciu lat bytności może się podobać i jak na wielkich Amerykanów jest zaskakująco aerodynamiczne. Wielbiciele i właściciele Trabantów będą z pewnością zadowoleni z faktu, że Corvette jest wykonana z włókna węglowego, który w lekkim samochodzie ugina się niczym dawny plastik. Wbrew pozorom jest mniejsza niż Focus sedan i waży mniej więcej tyle samo. Jak widać projektanci zaprzeczyli teorii, że pojemność rozwiązuje wszystkie problemy. Na stosie jednak spalono nieodłączny atrybut szybkich samochodów z lat 80-tych, unoszące się reflektory.

Jeśli chodzi o wnętrze nie jest tu różowo. Prawdę mówiąc jest czarne z pseudoaluminiowymi wstawkami. Jakość i staranność wykończenia nie jest domeną Amerykanów. Całość sprawia wrażenie zrobionego między przerwami na kolejnego hamburgera i zaczyna ulegać dezintegracji już na etapie produkcyjnym.

Czym zaskakuje to pojemność bagażnika sięgająca 600 litrów. To więcej niż w kombi klasy średniej. Tyle tylko, że nie można z niego korzystać bowiem pakunki są chronione zasłoną przypominającą ścierkę do wycierania oleju. Nie jest zbyt przydatna.

Jazda z prędkościami miejskimi to prawdziwa udręka. Dźwięk wydawany na niskich obrotach nie jest zbyt przyjemny. Samochód jest tak szeroki, że stawia Wisłostradę w pozycji ścieżki rowerowej. Tajemnej wiedzy z projektowania skrzyń biegów amerykańscy projektanci zdaje się również nie posiedli. Manual zachowuje się jak wyjęty z traktora, a sześciobiegowy automat raczej nie dorównuje konstrukcjom europejskim.

Prowadzenie samochodu nieco szybciej nie jest przeżyciem podobnym do czegokolwiek z naszego kontynentu.  Moc i sposób jej dostarczania jest dość brutalny. Silnik kręci się jedynie do jakiś 6 tyś. obrotów ale już od połowy tej liczby dostajemy tyle momentu obrotowego ile w potężnych dieslach w autach typu suv. To sprawia, że będziecie częstym klientem serwisu z oponami, bowiem Corvette ma naturalną skłonność do zamieniania kauczuku w dym. Jest tego dobra strona, bo po pierwsze poznacie nowego przyjaciela w osobie sprzedawcy i po drugie nie będziecie mieli okazji słuchać denerwującego hałasu wydawanego przez koła.

Co dziwi w Corvecie to sposób pokonywania prostych. Mimo, że w Ameryce nie ma zakrętów samochód ma trudności z utrzymaniem toru jazdy. Wystarczy wcisnąć pedał gazu o jeden nanometr za dużo a odgryza nogę i rękę wraz z głową. Gwarantuję, że jadąc Grand Sportem będziecie przekonani, że nawet nawierzchnia sucha jak pieprz jest pokryta czymś niewidzialnie śliskim. Slajdy na każdym łuku gwarantowane, a w ocenie ich siły pomoże pomiar G na przedniej szybie. Ten samochód jest jak Brian Johnson, ostatni dinozaur, synku. Jest dziki. Każdy zakręt przypomina kopulację z pierwotną kobietą na byku z ADHD pędzącym po dachu walącego się budynku w czasie, gdy Wielki Żółw, który podtrzymuje Ziemię akurat kicha.

Jeśli posiadacie nieco więcej umiejętności i przy okazji nie wiecie jakie wymiary ma tablica rejestracyjna Corvetta odwdzięczy się całkowitym szaleństwem. Zwykła wyprawa do sklepu stanie się walką na miarę bicia rekordu. Będzie wymagała ciągłego skupienia i pełnego zaangażowania, a jeśli posuniecie się za daleko może być to wasza ostatnia jazda niczym w rosyjskiej ruletce. Trzeba być kompletnym maniakiem, żeby ją kupić. I dlatego warto.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *