Tag: impreza

Nie pożądaj żadnej rzeczy bliźniego swego. Chyba że jest nią samochód.

Podobno gdzieś na kamiennych płytach zapisano wskazówki jak dobrze żyć. Jest ich nawet dziesięć. Wskazówek, nie płyt. Gorzej jeśli większość z nich to twoje hobby. Jedna z nich odnosi się do żon, chociaż jeśli już jakąś masz to wiesz jak się z nią ciężko żyje. Ale jeśli ci jednak mało to z całą pewnością nie powinieneś pożądać drugiej połowy swojego… Read more →

Stary, japoński sedan i może.

Producenci samochodów uwielbiają przechwalać się swoim zaangażowaniem w stworzenie nowego modelu. Wielu inżynierów zginęło zostając po nocach dokonując pracochłonnych obliczeń. Inni zwariowali, ten jeden, który się ostał ma możliwość przemówienia swoim niezrozumiałym dla mas językiem przez dziesięć sekund o możliwościach i zaawansowaniu konstrukcji. Dalej wkraczają specjaliści od marketingu starając się wmówić wam, że tego właśnie chcecie, że jeśli nie kupicie… Read more →

Proszę, zróbcie Imprezę.

Przez wiele lat z całą odpowiedzialnością i stu procentowym przekonaniem twierdziłem, że Mercedes klasy S jest samochodem idealnym. Ma odpowiedni wygląd, jest bardziej napakowany najnowszą technologią niż autobus do Lichenia pielgrzymami. Owszem, kosztuje furmankę pieniędzy, ale o ile nie jest się ortodoksyjnym wyznawcą brytyjskiej motoryzacji z najwyższej półki albo arabskim szejkiem był w zasadzie ostatnim słowem w kwestii luksusu i spełniania niemal każdego zadania. Dodatkowo w za cenę małej willi dostawaliśmy osiągi i moc, którym czasem nie potrafią sprostać samochody sportowe.

A teraz przyszło nowe. Model 2013, który wygląda jak skrzyżowanie statku kapitana Kirka i choinki. Przynajmniej nie rzuca się zbytnio w oczy patrząc na całą gamę Mercedesów obecnych na rynku. Wnętrzne, co naturalne, uległo raczej ewolucyjnym zmianom. Prawdopodobnie będzie przyjemnym miejscem do siedzenia. Problemem jednak jest coś czym producenci postanowili się wyróżnić, a mianowicie kierownicą. Ilość jej ramiom wyznaczała stopień ewolucji, każde kolejne było jak nowe lekarstwo na miarę penicyliny. Albo wydajniejszy silnik do lotu w kosmos. W Stuttgarcie pomyśleli jednak inaczej i zbytnio zapatrując się w Citroeny z lat pięćdziesiątych  zatrzymali się na dwóch. Co a, nie wygląda estetycznie, b sprawia, że nigdy nie wiesz w jakiej pozycji aktualnie jest kierownica.

Zatem Mercedes sprowadził niegdysiejszy monument, wyznacznik klasy do zwykłego, w zasadzie beznamiętnego samochodu, a właściwie przemieszczacza. Będzie świetnym cruiserem po autostradach w Europie, jednak u nas ze względu na infrastrukturę drogową starci niemal zupełnie sens. No, być może w zimie, jako świąteczna ozdoba przed domem.

I co z bólem muszę przyznać, przykład Mercedesa zmusił mnie do myślenia. Bowiem niemiecki producent nie jest jedynym, który w dobie gonitwy za każdym możliwym klientem przechodzi w zachowawczość, a inaczej mówiąc stagnację, a co za tym idzie traci cenne przymioty, które do tej pory go definiowały.

Weźmy na przykład Subaru. Markę niegdyś święcącą triumfy na rajdowych trasach. Ładnych parę lat temu te samochody były synonimami osiągów, świetnego napędu i ponadprzeciętnej trwałości i wytrzymałości. Świetnie brzmiący przeciwsobny silnik i bezramkowe szyby. Dodajmy do tego nieco groteskowy wygląd i otrzymujemy świetne auto do zimowych podjeżdzawek o osiągach kilkukrotnie droższych samochodów sportowych.

Jednak w nowym millenium japońska firma postanowiła porzucić swoje niezaprzeczalne walory. Legendarny boxer nie brzmi już ani na jotę tak jak poprzedni. W słabszych silnikach nie ma już turbo. Większość pewnie powie, że to niewielka szkoda, ja zaś żebyście przejechali się pierwszym Foresterem Turbo-S. Niegdyś był podwyższonym kombi, który świetnie sprawdzał się na asfalcie i w umiarkowanym terenie. Dzisiaj to kolejny SUV. Nawet BRZ brzmi słabo. Ostatnim Mohakaninem jest Legacy, ale zdaje się, że i na niego wkrótce przyjdzie czas.

Wspaniała Impreza, która kilka razy przechodziła operację zmian twarzy, ze słabej na gorszą by później stać się do Julia niepodobną, łączyła w sobie najlepsze cechy. Była ulicznym chuliganem, samochodowym terrorystą, który z szelmowskim uśmiechem Mr Hyde’a rozprawia się nocą ze street racerami. Dzięki temu zdobywała serca kolejnych pokoleń wiernych wyznawców. Teraz stała się bardzie opasła, początkowo jedyny wariat w postaci hatchbacka wyglądał jak Daewoo Lanos na koktajlu z dopalaczy.

Właśnie pojawiła się najnowsza generacja modelu, na który jeśli popatrzymy przez pryzmat dostępnych kompaktów wygląda naprawdę nieźle, co w przypadku Subaru jest sporym zaskoczeniem. Zwłaszcza jeśli porównamy go z aktualnie produkowanym Lancerem. Sęk w tym, że po raz kolejny prawdopodobnie okaże się dobrym samochodem, a nie wyśmienitym cichym zabójcą Porsche i BMW M.

Na zakończenie tym razem nie ma żadnej światłej czy też rzutkiej puentunii. Jest za to apel do producentów Subaru. Cytując znanego, cenionego polskiego filozofa Liroya – zróbcie wspaniałą Imprezę. Ze wszystkimi dawnymi fajerwerkami.

 

PS: Tylko błagam nie odpowiadajcie filozofem Jaggerem, że nie można mieć zawsze tego, czego się chce.