Świat się kończy, sushi i sake są lepsze niż pizza popijana chianti.

Od czasu do czasu w związku mężczyzny z samochodem przychodzi moment oddania w miejsce, gdzie zedrą z tego pierwszego ostatnią koszulę, by ten drugi był jak z fabryki. Naturalnie oznacza to przymusową rozłąkę. Wówczas w zamian dostajemy coś, co tylko z definicji jest samochodem i najczęściej jest modelem zalegającym w salonie od dłuższego czasu.

Takie spotkanie często poszerza horyzonty. Może utrwalić stereotypy bądź je zburzyć. W przypadku Alfy Romeo jest ich sporo, a Mito nie wydaje się najlepszym przykładem dobrego i kompetentnego samochodu.

Zacznijmy od tego, że nie jest najpiękniejsze. Projektanci próbują wcisnąć klientom, że zawarli w niej nawiązania do 8C, ale w zasadzie ogranicza się to tylko do tylnych lamp. Już chyba Golf 1 ma ich więcej.

Mito również nie jeździ wybitnie. Bazuje na Punto, co nie jest złą rzeczą o ile nie wymagasz wiele od miejskiego hatchbacka. Alfa ma być sportowa, a tu tego nie ma.

Poza tym wnętrze nie jest zbyt pojemne i ma kilka wpadek jeśli chodzi o ergonomię.

Wreszcie obecnie możesz kupić tylko wersję benzynową. Kilku osobom to nie przeszkadza, ale oni wolą mocniejsze jednostki. Reszta, dzięki Volkswagenowi, kocha diesle.

I na końcu cena. Najtańsze Mito kosztuje niemal 50 tysięcy, co jest sporą kwotą jak za miejski samochodów. Gdy będziesz szukał nawiązań do Malucha w postaci dwucylindrowego silnika sprzedawca w salonie zażąda dopłaty w wysokości czternastu tysięcy.

Tak więc Mito jest drogie i nie jest najlepszym samochodem. Nie jest również dobrą Alfą Romeo, cokolwiek to dzisiaj znaczy. Dlaczego nie mogą w końcu zaprojektować czegoś, czego będziemy pragnęli bardziej niż zimnego piwa w ciepły dzień? Jakkolwiek bym nie myślał o Alfie nie sądzę, że coś takiego zaprojektują. Bardzo bym chciał, ale wiem, że jedyne na co ich stać to kolejna Arna, z włoską techniką pod maską i japońską stylizacją z metką Nissana.

I to sprawiło, że zacząłem się zastanawiać co stało się z włoskimi markami w dzisiejszych czasach. Ferrari, Lamborghini i Maserati rządzą się swoimi prawami. Lancia powoli dogorywa na rodzimym rynku. Fiat co tydzień prezentuje kolejną wersję 500-tki albo ostatnio swoją interpretację Mercedesa 124. Nawet japońska stylizacja jest bardziej szalona i wznieca pożar w spodniach.

Wreszcie Alfa Romeo. Tak, mają 4C ale na drodze nikt nigdy żadnego nie widział, więc może to tylko plotka. Nadwozie może i jest wykonane z aluminium i włókna węglowego, co w tej klasie samochodów jest trufla w bigosie, ale przy tym ma dość skromny silnik. Popieram dążenie do lekkości, ale na Nurburgringu 4C nie jest w stanie pobić Hondy NSX. Niemal wszystkie kompaktowe gorące hatchbacki łoją ją jak chcą bez specjalnego wysiłku. Wygląda jak młoda Sophia Loren ale to wszystko. Reszta gamy modelowej to delikatnie mówiąc nie najlepsze Mito i niezła Giulietta, czyli bez szaleństw. Ostatnio starają się zaostrzyć nam apetyty szybką Giulią, ale im bliżej rzekomej premiery tym większe jest prawdopodobieństwo, że znowu ją przełożą. Bardziej jestem skłonny przypuszczać, że za jakiś czas z wielką pompą zaprezentują własną wariację którejś z licznych wersji 500-tki.

Może i 50 lat temu Alfa była wielka, być może i wkurzyła Adolfa Hitlera, ale przez wiele, wiele, wiele lat nie stworzyła niczego spektakularnego. Przyznaję, 8C było jak dzieło sztuki, ale mocno wyblakłe, gdy zestawiliście je z arcydziełem małej manufaktury Disco Volante albo koncepcyjnym modelem Pandiom od Bertone.

Przez lata dawaliśmy Alfie kredyt. Wmawialiśmy sobie, że ma duszę i w jakiś niewytłumaczalny sposób są ludzkie, nie jak inne samochody. Tymczasem na znikomą część z nich dobrze popatrzeć. Ich nawiązania do dziedzictwa wydają się nieco śmieszne. Od 2007 roku nie ma ich w WTCC a od ponad pięćdziesięciu w Formule 1. Nawet Citroen i Chevrolet, ten koreański, radzą sobie znacznie lepiej. Kupowanie Alfy dzisiaj jest jak wygranie w Lotto, a później podarcie kuponu.

i tym sposobem przechodzimy do czegoś na czym można polegać, jest praktyczne i wygląda znacznie lepiej.

Jeśli nie będziemy myśleli o supersamochodach za setki milionów złotych, to kto obecnie produkuje jedne z najładniejszych samochodów? Gdy pomyślicie wystarczająco mocno okaże się, że są to Japończycy. Spójrzcie na Lexusy. Mocne linie, odważna stylizacja. Civic Type-R wygląda jak z „Gwiezdnych Wojen”, w białym jak Szturmowiec, a w czarnym niczym Lord Vader we własnej osobie. Spójrzcie tylko na koncepcyjną Toyotę S-FR. Nie jest piękna, ale przyjemnie na nią popatrzeć. Nawet, nie sądziłem, że kiedykolwiek w ten sposób pomyślę, ale Auris, czyli de facto Corolla w dzisiejszych czasach wygląda jak gorąca Azjatka. Nie jest ładna, ale nie masz ochoty zwymiotować. Ostatni lifting sprawił, że jest jednym z najbardziej wyrazistych kompaktów na rynku. Może tył nie jest najwyższych lotów, ale przód wygląda jak stary samurajski hełm. Jestem przekonany, że gdzieś tam w czeluściach Toyota trzyma skrywany pakiet stylistyczny, dzięki któremu będzie wyglądała lepiej niż następca Veyrona.

Jeśli sądzicie, że Auris śladem Alf Romeo oferuje ładną karoserię kosztem praktyczności, cóż, to Japończycy albo Brytyjczycy pod ich nadzorem zadbali by wnętrze oferowało wystarczającą ilość miejsca dla piątki dorosłych pasażerów. Bagażnik również jest rozsądnej wielkości, nie największy, ale wystarczy.

Podoba mi się również kształt deski rozdzielczej. Jest pionowa jak w GT86 albo Leonie. Jest prosta i ergonomiczna, a przy tym solidnie wykonana z całkiem dobrych materiałów. Nawet cyfrowy zegarek jest miłym nawiązaniem do czasów VHS. Ok, tak naprawdę to nie, ale poza tym ciężko cokolwiek zarzucić wnętrzu japońskiego kompaktu.

Poza małym hurra w postaci E12 w wersji TS, Corolla a tym samym Auris oferowały przeciętne silniki. Trwałe, ekonomiczne i o charyzmie ślimaka. Ten również nie odbiega od normy. Diesel o pojemności 1,6-litra z półek BMW oferuje 112 koni mechanicznych i 270 Nm. Nie są to spektakularne parametry, ale chętnie rozkręca się do całkiem wysokich obrotów a tym samym pozwala na sprawną jazdę po mieście i brak uczucia wstydu poza nim. Przy tym spala naprawdę niewielkie ilości paliwa i nie jest przesadnie głośny. Co jest zawsze pożądane wśród diesli.

Zawieszenie dostosowano do temperamentu jednostki napędowej. Prawdopodobnie większość klientów Aurisa stanowią emeryci, więc musi zapewniać odpowiedni poziom komfortu. I tak jest. Chętnie tłumi wszelkie nierówności, nieco przechyla się na zakrętach, a ostrzej przyciśnięty Auris potrafi płużyć przodem. Jeśli lubisz prowadzić i czerpać z tego radość kompaktowa Toyota nie jest dobrym wyborem. Zważywszy na zdecydowanie zbyt lekko działający układ kierowniczy.

Jeśli to zaakceptujesz otrzymasz solidny, wygodny i praktyczny samochód o niezłej aparycji. Będzie także bezpieczny, dzięki dużej ilości wszelkiego rodzaju asystentów. Na plus trzeba zaliczyć również dość bogate wyposażenie, ale to nie pozostaje bez wpływu na cenę.

Otóż Auris z dieslem pod maską kosztuje 85 tysięcy złotych, czyli całkiem dużo. Wielu konkurentów jest sporo tańsza. Jak na przykład Civic. Albo Focus. Czy też Megane. Nawet Cee’d. Prawdę mówiąc jedynie Golf jest droższy. Tak na marginesie Giulietta kosztuje jeszcze więcej. Ale Toyota chyba jako jedyna z tego towarzystwa wygląda na jeszcze droższą. Poza tym prawdopodobnie będzie sprawna przez najbliższe tysiąclecie, a zrzucona z klifu niewzruszona pojedzie dalej.

Pod żadnym względem nie jest rewolucyjna, chyba że pomyślicie o długiej drodze jaką pokonali japońscy specjaliści od designu od czasów szogunów, jednakże wszelkie próby pokonuje dobrze. A to chyba najważniejsze czego oczekujesz od samochodu na co dzień.

  1 comment for “Świat się kończy, sushi i sake są lepsze niż pizza popijana chianti.

  1. 15 marca, 2016 at 13:17

    Mówiąc krótko piszesz tutaj o kierunku ewolucji, porównując różne marki. Fajnie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *