Jaki tu spokój, nic się nie dzieje. Przez co pasażerowie, i kierowca, się nudzą.

Nadszedł ten dzień. Bynajmniej nie chodzi mi o zaproszenie na rozmowę Jarosława Kaczyńskiego przez Ewę Kopacz. Otóż moje przedłużenie ręki w postaci telefonu komórkowego w końcu wyzionęło ducha. Z premedytacją używam zwrotu telefon komórkowy bowiem nim był. Nie miał nic wspólnego z żadnym smartfonem, gdyż kupiłem go, uwaga, w 2009 roku. Nigdy jeszcze nie wytrzymałem tak długo z żadnym telefonem. Dwa lata to standard, a czasem mniej. Nie oznacza to wcale, że poprzednik był bardzo dobry. Zwykłe urządzenie bez większych fajerwerków, które wystarczało głównie do dzwonienia pod gorące numery oraz wysyłania kilku wiadomości rocznie. Gdyby nie to, że obserwując ludzi widzę, że większość podobnie jak ja uparcie zostaje ze starszymi telefonami, mógłbym bezapelacyjnie stwierdzić, że tkwiłem w epoce kamienia łupanego.

Skąd te przypuszczenia? Otóż jak każdy, komu coś czego potrzebuje odmówiło posłuszeństwa, wybrałem się do bliżej nieokreślonego operatora celem zakupu. Tam niestety popatrzyli na mnie jak na idiotę oraz chcieli sporych sum pieniędzy. Poza tym nie mają zwykłych telefonów. Cóż, klient nasz pan, więc w bliżej nieokreślonych sklepach z elektroniką z pewnością spełnią moje wyszukane zachcianki. W dobie permanentnego kapitalizmu i konsumpcjonizmu nie istnieje takie pojęcie jak zwykła komórka. Dawniej wybierałeś najczęściej jedną firmę, dzisiaj jest ich tysiąc. Różnych modeli dwa razy więcej, a wliczając to wersje kolorystyczne i różniące się tylko kształtem kabelka tyle, że w sklepie można spędzić święta. I to nie tylko te najbliższe.

Teraz żyjemy w inteligentnych czasach, gdzie wszystko, od młynka do pieprzu po komórkę musi mieć własny iloraz inteligencji. Otaczamy się mądrymi przedmiotami podczas gdy nasza mądrość proporcjonalnie maleje. Ich wielkość również nie świadczy zbyt dobrze o męskiej potencji.

Jednak jako, że bez telefonu to jak bez ręki byłem zmuszony coś kupić. Po naprawdę wielu perturbacjach w końcu się udało. Oczywiście było to okupione płaczem, zgrzytaniem zębów oraz zostawieniem sporej ilości gotówki. Dlatego z takim ogromnym rozrzewnieniem powitałem samochód, który zostawiłem na parkingu. Jest nowoczesny, zadebiutował w 2012 roku, ale przy tym rozkosznie prosty. Chociaż segment z jakiego pochodzi już nie koniecznie.

Ktoś w Skodzie wpadł na pomysł, pewnie kolega tego, który wymyślił telefon wielkości paletki do gry, że pomiędzy Fabią a Octavią powinno coś jeszcze być. W ten sposób powstał Rapid. Wszystkie jego wymiary są dokładnie pomiędzy dwoma wspomnianymi modelami. Również cenowo plasuje się dokładnie pośrodku.

Jedno czego można być absolutnie pewnym to to, że pod wpływem uroku Rapida nie zaczniecie pisać miłosnych poematów ani nosić jego zdjęcia w portfelu. Nie ma tu żadnych stylistycznych ewenementów czy designerskich popisów. Aparycję najlepiej opisują dwa słowa – stonowanie i zachowawczość, ale niebezpiecznie ociera się również o nudę. Agentom ubezpieczeniowym z pewnością przypadnie to do gustu, reszcie nie koniecznie. Bynajmniej jednak Skoda nie jest brzydka oraz wpływa pozytywnie na poczucie solidności. I jeszcze jedno, mimo przypuszczeń co do bycia sedanem jest tak naprawdę liftbackiem.

Rapid tak naprawdę powstał na płycie podłogowej Volkswagena Polo, więc dziedziczy część cech tego segmentu. Ma na przykład relatywnie wąskie wnętrze. Poza tym miejsca jest sporo, ale z tyłu wyższym pasażerom może brakować miejsca nad głową ze względu na opadającą linię dachu. Idąc dalej ku tyłowi znajdujemy 550-litrowy bagażnik, który pomieści wiele, wiele rzeczy. I jeszcze więcej.

Dalej jednak nie jest już tak różowo. Prawdę mówiąc jest szaro i nieco przygnębiająco. Do stylistyki deski rozdzielczej nie można mieć pretensji, jest uporządkowana i wzorowa pod względem ogólnie przyjętych praw ergonomii jak to bywa w innych modelach marki. Nie zmienia to jednak faktu, że została wykonana z czarnego i twardego plastiku. A miejscami bywa jeszcze gorzej, trafiają się materiały chropowate i zdecydowanie nieprzyjemne w dotyku. Również fotele poza pewnym pierwiastkiem sprężystości są dość twarde i pozbawione podparcia bocznego. Wyższym powyżej średniej do gustu nie przypadną zagłówki zintegrowane z przednimi oparciami.

Wielbiciele grzebania w ustawieniach i fani gadżetów powinni wybrać się pod inny adres. W wyposażeniu czy to seryjnym czy opcjonalnym dostaniemy tylko to, czego można się spodziewać od samochodu na przyzwoitym poziomie. Nie ma licznych ekranów dotykowych, wajch ze statku kosmicznego czy tego typu wodotrysków. Konserwatyści będą zadowoleni.

Jak można słusznie przypuszczać nie znajdziemy tutaj potężnego agregatu, którego o litość błagają napędzane koła wraz z oponami. Silnik to dość skromne 1.2 TSI wzbogacone o turbosprężarkę. Mocy jednak w nim niewiele bo raptem 85 koni mechanicznych i prawie dwa razy tyle momentu obrotowego. Jednak dzięki relatywnie krótkim przełożeniom sześciobiegowej manualnej skrzyni biegów Rapid potrafi rozpędzić się do setki w 11,8 sekundy, a kończy przyspieszać 80 km/h później. Średnio zadowala się nieco ponad 7 litrami benzyny, co predysponuje wszystkie wyniki na przyzwoitym poziomie.

Wbrew budżetowemu pozycjonowaniu zawieszenie jest całkiem niezłe. Jest na tyle sztywne by nie przyprawiać kierowcy o ból głowy ani strach oraz sprawnie wybiera większość nierówności. Niestety bywa, że pracuje dość głośno oznajmiając jak ważną funkcję pełni.

Poza tym umówmy się, skoro wybierasz Rapida albo niemal jakąkolwiek inną Skodę to obce jest wam pojęcie sportowej jazdy czy prowadzenie samochodu na granicy. Chyba że jest do faktycznie styk dwóch różnych państw. Jeśli mimo to gdzieś przyszłoby wam do głowy przyciśnięcie Rapida do muru od razu odpuśćcie. Wówczas na jaw wychodzi spora podsterowność a gdy postanowicie wyprzedzić jakieś sportowe auto na autostradzie dostaniecie po uszach od wyjącego silnika. W mieście jest nieźle jeśli chodzi o wyciszenie, na trasie motor jest dość głośny w swoim jestestwie. Także nie lubi się zbyt wysoko kręcić. Nie chodzi o ogranicznik obrotów czy budowę, po prostu nie reaguje entuzjastycznie na to, że jest silnikiem.

Najważniejszym pytaniem w każdym teście jest to, czy sam kupiłbym taki samochód i czy jego obecność na rynku ma w ogóle sens. Odpowiedź na zagadnienie drugie jest twierdząca. Rapid zdaje się kontynuować drogę obraną niegdyś przez małe sedany segmentu B, jest przestronny oraz praktyczny i przynajmniej teoretycznie powinien być oferowany w przystępnej cenie. Mniejsza Fabia z podobnym silnikiem kosztuje w granicach 41 tysięcy a większa Octavia z identycznym 60. Rapida wyceniono pośrodku przez co trzeba na niego wydać 53 tysiące a to nie jest coś, co można by nazwać promocją. Pod względem gabarytów to kawał samochodu, ale dość drogi. Konkurentów nie ma zbyt wielu, ale podobny w zamierzeniach Citroen C-Elysee jest tańszy o 15 tysięcy. Jest sporo gorszy, ale dla kogoś kto poszukuje niedrogiego i mało skomplikowanego pojazdu głównie do miasta może się skusić.

A w kwestii posiadania Skody Rapid. Cóż, jest prosta, solidna i daje pewność, że przejedzie sporo kilometrów. Jednak zdaje się nie mieć duszy, nie ekscytuje. Jest bardziej przedmiotem, który dzięki czterem kółkom może was gdzieś przemieścić. Tyle i tylko tyle. A życie chyba jednak jest zbyt krótkie by spędzać, mimo wszelkich zalet Rapida, w jego wnętrzu kilka lat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *