Felieton kontrolowany.

Nie najlepsze wieści płyną z Ministerstwa Finansów dla przeciętnego Polaka. Miłościwie nam panujący postanowili zadbać o naszą abstynencję i tym samym zwiększyć akcyzę na wyroby procentowe z relatywnie niedużą ilością alkoholu, czyli na wino i piwo. Chociaż każdy szanujący się statystyczny Polak doskonale wie, że to nie alkohol. Ale podobno za dużo ich kupujemy, ale co mamy zrobić gdy, cytując klasyka, czyli Franciszka Maurera „świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia”.

I to naturalnie może wzbudzić strach w narodzie, a stąd łatwo już do fobii. Normalnie rządzi nami strach wspomagany instynktem samozachowawczym, dzięki czemu nigdy tak naprawdę nie wierzymy kobietom. Ale czasem, gdy popadniemy w neurozę ciężko funkcjonować w społeczeństwie. Jedni budują schrony na wypadek wojny, a inni, jak Adaś Miałczyński, nie wyjdą z domu nie pocałowawszy figurki Jezusa.

Woody Allen na przykład boi się wszystkiego. Czarnoskóra Ewa Drzyzga, czyli Oprah przeżutej gumy. Alfred Hitcock nie widział niczego złego w skradaniu się po łazience z nożem, ale bał się jajek. Może miało to związek z ptakami.

Każdy z nas się czegoś boi. I nie wierzcie psychologom, że jeśli raz pokonacie strach będziecie żyli normalnie. Poza tym wizyty na kozetce są drogie, a lekarstwo, które ja znalazłem jest znacznie tańsze. Mimo, że kosztuje ponad pół miliona. A jak to bywa w klasie premium to dopiero początek i bynajmniej nie jest to najtańsza wersja.

Ale od początku, czyli w tym przypadku od roku 1979. Wówczas to Mercedes, którego obecnie znamy pod kryptonimem G zdobył swój tytuł doktorski. Miał swój początek w wojsku, jak wiele dobrych wynalazków. I mimo licznych zapowiedzi, kilku ciężko dostrzegalnych liftingów, po trzydziestu siedmiu latach nadal przyjmuje. To tak jakby Nokia 6310i była nadal produkowana i przy okazji droższa od najnowszego smartfona od producenta z nadgryzionym jabłkiem.

I tu każdy racjonalnie myślący wietrzyłby pewien podstęp. Skoro wydaję pięćset tysięcy, czyli ogromną sumę pieniędzy na samochód, to oczekuję, że kokpit będzie ozdobiony piórami pawia, przyciski będą wykonane z kłów słoni, siedzenia pokryte będą skórą z jakiegoś wymierającego gatunku, a dzięki zaawansowanej technice będzie robił wiele rzeczy, jak na przykład wyręczał właściciela w wypełnieniu PIT-u. G Klasa nie robi żadnej z tych rzeczy.

Za to świetnie wpływa na ego właściciela. Po pierwsze nie wyglądasz jak ktoś w krzykliwym garniturze od projektanta o dwuczłonowym nazwisku, których kupił wegetariańskiego suva. G Klasy nikt nie zaprojektował, ona została po prostu zbudowana. Do każdego elementu dodawano kolejny. Popatrzcie na klamki. Gdybyście mieli je w ręku z pewnością uznano by je za śmiercionośną broń. Nie są kawałkiem słabego plastiku ani jakiegoś lekkiego włókna. Żeby się dostać do środka trzeba użyć siły wciskając przycisk, a to prawie jak wyjęcie Excalibura ze skały. Z przodu nie znajdziecie maski jak w większości samochodów. Ten kawałek stali przypomina właz do czołgu. Obok niego są kierunkowskazy, które nie zostały dyskretnie wtopione w metal, są zwyczajnie przykręcone do karoserii. Założę się, że nie zrobił tego nikt, kto ma dyplom artystycznej szkoły. Powiew nowoczesnej techniki w postaci kamery w zderzaku przypomina wyrzutnię rakiet a nie coś co ułatwi parkowanie.

Jest jednak kilka rzeczy, które szczególnie mi się podobają. Na bocznych błotnikach znajduje się mało dyskretny znaczek informujący przechodniów i kierowców, że pod maską znajduje się widlasta ośmiocylindrowa jednostka napędowa. Tak w razie czego, żeby wiedzieli. Na tylnej, ciężkiej klapie, która tak naprawdę jest otwierającymi się na bok drzwiami znajduje się ogromne koło zapasowe. Jest świetne, szkoda, że niemal wszyscy z niego zrezygnowali. Co prawda zasłania większość tylnej szyby ale kogo to obchodzi.

A skoro o kole już mowa, spójrzcie na profil. Współczesne samochody mają cienkie naleśniki naciągnięte na ogromne felgi, tak by szczelnie wypełnić nadkole. Owszem G Klasa ma osiemnastocalowe obręcze, ale i tak można wsadzić głowę między nie a nadkole. To pozwala zakończyć wywód dwoma przypuszczeniami, zawieszenie ma spory skok, więc jest komfortowe i żadne felgi nie są zbyt duże dla Gelendy.

I wreszcie drzwi. Dźwięk towarzyszący ich zamykaniu przypomina trzaśnięcie włazem do przeciwatomowego bunkra. To solidny huk, dzięki któremu wiesz, że możesz otwierać i zamykać drzwi przez tysiąc lat i ciągle będą robiły to tak jak na początku. Zresztą to naprawdę wyjątkowy dźwięk. W ogóle nie przypomina tych z nowoczesnych samochodów o papierowych drzwiach.

Mercedes dzieli okres produkcji na cztery generacje, ale ciężko jest dostrzec różnice. Tak, przy ostatnim naciąganiu zmarszczek W463 dostała ledowe światła do jazdy dziennej, ale to wszystko. Przez niemal czterdzieści lat stylistyka praktycznie się nie zmieniła. A wy narzekaliście na brak rewolucji w przypadku 911. Jednak G Klasa nadal ma styl, niczym zegarek na łańcuszku. Ale nie jest hipsterka. Nie zna nawet pojęcia takiego jak vintage. Ona jest zwyczajnie ponadczasowa.

Są jednak pewne rzeczy, które, jakby to ująć, nie przystoją Mercedesowi. Odstępy między poszczególnymi elementami nadwozia są takie, że można włożyć w nie rękę. Gdyby tylko takie miały drzwi w łazience każdy podglądałby własną siostrę w dzieciństwie. Drzwi są przymocowane do zawiasów, które widać. Można tłumaczyć to stylem i terenowym charakterem, ale nie wszystkim to pasuje.

W mieście przeszkadza duży promień skrętu, a przy innych samochodach na parkingu wygląda jak monster truck. Chociaż za sprawą kanciastej sylwetki czujniki parkowania są zbędne.

Każdy kto usadowi się w bunkrze zdziwi się, że ten jest dość ciasny, co szczególnie dziwi. Patrząc na zdjęcia albo sylwetkę na żywo G Klasa wydaje się kolosem. Tymczasem obecna Klasa C jest dłuższa i szersza.

Kolejna rzecz to dysonans, rozwarstwienie, rozdarcie między militarno-terenowymi konotacjami a znaczkiem na atrapie. Mamy przyciski do obsługi dyferencjału, kilka twardych elementów, a do właściciela, który dopiero wydał pół miliona uśmiechają się widoczne śruby. Przed pasażerem, gdzie większość samochodów ma poduszkę powietrzną dumnie pręży się uchwyt dla panikującego towarzysza podróży. Kiedy ruszacie zamki automatycznie się ryglują, a dźwięk temu towarzyszący przypomina przeładowanie AK47. Jadąc szybkiej ogłuszać was będzie szum wiatru. Przyciski na konsoli się wciska, nie działają dotykowo. To nijak pasuje do luksusów spod znaku gwiazdy.

Jednak mając w pamięci pierwowzór dzisiejsza Klasa G to zupełnie inny świat. Mamy liczne gadżety, pakiet multimedialny, nawigację, dwustrefową klimatyzację, wentylowane, podgrzewane i elektrycznie sterowane fotele. O bezpieczeństwo dba komplet poduszek powietrznych. Wnętrze jest pełne drogich elementów z jeszcze droższych Mercedesów, a wiele miejsc jest wyściełanych luksusową skórą albo zostało pokryte miękkimi materiałami. Jak na niemieckiego producenta przystało są solidnie spasowane. Zwłaszcza, że Gelenda, podobnie jak Rolls-Royce, jest budowana ręcznie.

Oryginalna wersja miała pod maską 71-konnego diesla bez turbosprężarki. Teraz możecie wybrać V12 z dwiema o mocy prawie dziesięć razy większej. Wersje AMG są znacznie droższe i niewiele szybciej przyspieszają, ale jeśli chcesz podjechać pod kwaterę Greenpeacu, zrobić szybką przegazówkę i uciec trudno o lepszy wybór.

Bardziej rozsądną wersją wydaje się G500, o ile w tym przypadku w ogóle można mówić o rozsądku. Ale w przeciwieństwie do samochodów z Affalterbach nie udaje czegoś, czym nie jest, czyli samochodu sportowego. Co nietrudno zauważyć, zważywszy na fakt, że ma niemal pionową i niezakrzywioną przednią szybę a cała karoseria ma gorsze właściwości aerodynamiczne niż twarz Adama Kraśki.

W niczym to jednak nie przeszkadza by cieszyć się silnikiem V8 o pojemności pięciu i pół litra, mocy niemal czterystu koni mechanicznych i momencie obrotowym na poziomie ponad pół tysiąca Nm. G500 na światłach odstawi większość szybkich kompaktowych hatchbacków, a z przyspieszeniem do setki na poziomie 6,1 sekundy jest o mrugnięcie okiem wolniejsza od podstawowego Caymana. Nawet siedmiobiegowy automat jest szybki jak na Mercedesa. Prędkość maksymalna została ograniczona do 210 km/h, więc jest identyczna jak G63. Jak na coś, co waży dwie i pół tony G Klasa jest rześka, jak piwo na porannym kacu.

A do tego jak brzmi. Może i Mercedes kojarzy się z samochodami dla bogatych emerytów, ale z drugiej strony ma AMG, modele Black Series i potężne V8. A te wydają bajeczne dźwięki niczym muscle cary. Poza tym mamy tu boczne rury wydechowe. Co prawda są schowane pod progami, ale efekt i tak jest spektakularny. Przekręcenie kluczyka wywołuje burze, jakby oznajmiając, że wstał król. Na parkingu podziemnym brzmi jak Spitfire z silnikiem odrzutowym. W kilku regionach świata jest nawet zabroniony, kojarzy się z trzęsieniem ziemi albo wybuchem jakieś bomby. Tak naprawdę to zmyśliłem ostatnie zdanie, ale gdyby wszędzie rządziła Unia Europejska i specjaliści od BHP z pewnością by był.

Pozostaje jeszcze kwestia spalania. Może przy takim pułapie cenowym wydaje się mało znaczące, ale nawet będąc arabskim szejkiem stwierdzilibyście, że G500 pali odrobinę za dużo.

Gelenda powstała w czasach, gdy nie było znane pojęcie suva. Dzisiaj z pewnością się nim brzydzi. To poważny samochód terenowy o zdolnościach, jakie ma tylko kilka innych na Ziemi.

Nie mam zbyt wielkiego doświadczenie w jeździe terenowej, ale nawet ja wiem, że tam liczy się płynność i delikatność. Tymczasem Klasa G nic sobie z tego nie robi. Jest bardziej jak broń, która sama kształtuje teren pod swoje własne preferencje. Skrzynia biegów jest wyposażona w reduktor, a dyferencjał ma trzy różne tryby pracy, tak by mieć pewność, że moc zawsze trafi na koła, a co za tym na grunt. Dzięki temu niemal nie potrzebuje dróg. Liczy się tylko cel, mając Klasę G twoje miejsce pracy może równie dobrze znajdować się w strefie wojny. Jest naprawdę twarda. Nic dziwnego, miejscowość, w której jest produkowana jest położona nieopodal miejsca urodzenia Arnolda Schwarzeneggera.

Oczywiście ma pewne ograniczenia, właściwie to dwa. Szosowe opony oraz mało utalentowany i strachliwy kierowca. Zastanawiam się tylko, kto zabierze ten samochód na coś więcej niż polna droga. Zważywszy na lakier za dziesięć tysięcy i felgi za pięć.

Nikt to buduje pojazd na ramie nie zakłada, że będzie miał pół tysiąca koni mechanicznych i co więcej świetnie jeździł po asfalcie. Pierwowzór miał przejechać Saharę i Arktykę a nie Babę Jagę na torze w Poznaniu. I tak jest tutaj. Ten samochód nie zna takiego pojęcia jak szybkie pokonywanie zakrętów. Zmiana kierunku jazdy sprawia, że przechyla się dość mocno i prawdę mówiąc sposób w jaki się prowadzi jest rozczarowujący. Przy jeździe na wprost wszystko jest w porządku. Przed lekkim łukiem nie zwalniacie, jesteście pewni i przyzwyczajeni, że taka prędkość nie wzruszy samochodu. Jednak Klasa G ma najbardziej wtrącający się ESP z jakim miałem do czynienia. Jeden km/h za dużo i zatrzymuje się niemal całkowicie. Jest niczym (tu cenzura wynikająca z ustawy medialnej). Na dodatek układ kierowniczy jest pozbawiony czucia, zupełnie jakby został zatopiony w maśle.

Zawieszenie jest miękkie i komfortowe, co pasuje do samochodu. Słowem znany standard Mercedesów. Poza tym, że jest wygodne ma jeszcze jedną zaletę, nie trzeba zwalniać przed progami na ulicach.

W kwestii prowadzenia czuć do czego została stworzona G Klasa. Jest niczym kalosz, którym ktoś teraz chce wystartować w maratonie. I to może zniechęcić potencjalnych klientów. Ale jest pewien sposób. Wystarczy dostojnie i z gracją przemieszczać się z miną niepozbawioną wyższości w akompaniamencie piosenki Doroty Miśkiewicz. G Klasa sama śpiewa „razem ze mną nie spiesz się”. Chociaż bardziej bulgocze i ryczy jak Adam Darski.

Z wielu względów nikt nie powinien już kupować G Klasy. Jest stara, nie najlepiej prowadzi się na asfalcie i ma toporny charakter. Jest reliktem przeszłości, a mimo to przy każdej próbie zakończenia produkcji przez Mercedesa klienci rzucali się do salonów wykupując wszystkie egzemplarze. Poza tym jest droga, typowany następca w postaci GLS-a jest wyraźnie tańszy, a sportowy AMG GT wymaga niewielkiej dopłaty. Zamiast G Klasy możecie kupić potężną i luksusową limuzynę, szybkie coupe, uniwersalnego suva czy nawet piękne kabrio. I jest naprawdę wiele powodów, dla których powinniście to zrobić. Wówczas wasze życie będzie prostsze. I z całym sercem chciałbym wam to polecić, gdyby nie jeden fakt. Za każdym razem, zamiast całej gamy Mercedesa wybrałbym właśnie tego, tak naprawdę to nie potrafię znaleźć właściwego określenia.

Nigdy jeszcze nie poznałem kogoś, kto nie lubiłby tego samochodu. Ma kilka wad i denerwujących szczegółów, ale mieć je na podjeździe. To zupełnie jakby Lady Pank grało na nim koncert. Siedząc w nim jesteś jak Bogusław Linda i najnowszym „Pitbullu”. Masz go, a zatem w oczach społeczeństwa jesteś albo seryjnym zabójcą, raperem albo szejkiem, słowem kimś z kim nie warto zadziewać. To znak, że nie jesteś subtelny. Podobnie jak samochód. Przyjeżdżaniem nim na przyjęcia przypomina uderzanie pięścią w twarz pana domu na powitanie zamiast podawanie ręki, wypicie całego barku, zjedzenie wszystkich smakołyków a na końcu soczyste beknięcie i powiedzenie „uga” na pożegnanie. O przeleceniu pani domu nie wspomnę.

Ale to, że świat go nie potrzebuje wcale nie oznacza, że nie powinien istnieć. W pewnym sensie to jak mieszkanie w zabytkowej kamienicy. Nie ma w niej windy ani podziemnego garażu, ale coś w sobie ma. Nie chciałbym powiedzieć, że duszę, ale chyba nie ma lepszego określenia. Nie jest spolegliwa, trzeba się do niej dostosować i zaakceptować, jak do przyjaciela. Wówczas G Klasa jest bezkonkurencyjna. Aż nie spotkasz kogoś w wersji 6X6.

Poza tym w pewnym sensie jest spełnieniem moich marzeń. Zawsze chciałem, żeby producenci produkowali współczesne samochody z nowoczesną techniką, które wyglądają jak ich starsi poprzednicy. Wyobraźcie sobie podzespoły LaFerrari ubrane w nadwozie Daytony albo Countach z silnikiem z Aventadora. Mogłoby się sprawdzić. Z G500 się, po części, udało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *