Donald Trump na ratunek.

Nie jestem ani stary ani też specjalnie młody. Gdzieś pomiędzy, aczkolwiek nadal przed kryzysem wieku średniego. Gdybym jednak miał zdefiniować wiek swojej mentalności to chyba odpowiednie byłoby stwierdzenie – relatywnie młody ze starą duszą. Zdecydowanie dalej mi do Roxy Węgiel niż do Mötley Crüe. Chociaż pewnie nie wytrzymałbym ich stylu życia a mój penis odpadłby w połowie maratonu. A jestem do niego dość przywiązany, co w dzisiejszych czasach wcale nie jest aż tak oczywiste.

Daleko mi do bohaterów kina akcji filmów z lat 80-tych i 90-tych pod względem mięśni aczkolwiek preferuję ich znacznie bardziej niż współczesnych aktorów czy „gwiazdy” muzyki. Chodzi bowiem o przysłowiowe jaja. Żyjemy w czasach, w których niemal każdy wydaje się delikatny, zniewieściały i bez poczucia humoru. Autoironia jest na wymarciu. Nie ma miejsca na czarny humor, a każda uszczypliwość czy sarkazm są traktowane jak potwarz i osobista zadra. W końcu sarkazm to podobno jedyny sposób aby inteligentna osoba mogła w ogóle wytrzymać z kimś o ilorazie inteligencji na poziomie kołowrotka. Tyle tylko, że nikogo już w ten sposób nie można określić, takim czy innym mianem o podobnym znaczeniu. Na dodatek mamy hipokryzję niemal na każdym szczeblu, politycznym czy religijnym. Posłowie drenują państwową kasę a przy tym udają, że są krystalicznie czyści i bogobojni. Księża z kolei wolą ścigać małolata, który nie spożył komunii. Z resztą część z nich preferuje wpychanie do ust coś innego. Stany wycofują się z porozumień w Paryżu, będąc jednym z największych emitentów CO2 przy jednoczesnej promocji samochodów elektrycznych. Nieistotny jest szczegół, że preferują głównie transport lądowy, który odbywa się za pomocą starych ciężarówek z dieslem pod maską.

Ale to właśnie stamtąd przychodzi ratunek. Nie w postaci Tesli czy Fiskera. Jest nim Dodge Challenger. Właśnie takim w wersji Hellcat nadciągnąłby Hellboy. Bowiem to wszystko kiedyś w końcu musi pieprznąć. Wszakże nie sądzę aby film o Jokerze był wyłącznie fantazją scenarzysty.

W Europie mamy wyrafinowane Ferrari, wymuskane Porsche czy doskonałe Bentleye. Samochody o osiągach nie z tej ziemi, które przy okazji są drogie, skomplikowane, niedostępne i przez to, że łatwe w prowadzeniu dla każdego kto ma miliony na koncie, pozbawione cohones. Albo im się mocno skurczyły z chęci spodobania się wszystkim i nieurażeniu nikogo.

Tymczasem Challenger wjeżdża niczym Sobota, z shotgunem, burgerem w jednej i butelką Jacka Danielsa w drugiej ręce. I albo go po prostu polubicie albo was rozstrzela bez zadawania pytań za samo pomyślenie o rurkach.

Sęk w tym, że Hellcat ociera się o cennik zarezerwowany dla podstawowych 911-tek. Za jakieś trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych możecie za to wybrać nieco okrojoną pod względem mocy wersję R/T i bynajmniej nie dostaniecie czegoś czterocylindrowego jak w Mustangu a pełnokrwistą widlastą ósemkę. Oraz pakiet Widebody, który powinien nazywać się „to miejsce parkingowe nie jest wystarczające”, bowiem Challenger jest szerszy do Mercedesa S Coupe i tylko minimalnie krótszy, będąc przy tym jednocześnie znacznie gorszy pod względem opływowych linii czy współczynniku oporu powietrza. Współczesna interpretacja modelu z roku 1970 bezapelacyjnie nawiązuje do legendy i robi to lepiej niż jakikolwiek Mustang. Niestety sprawia to, że ma właściwości aerodynamiczne cegły bądź bochenka chleba. Nawet Barkas ma lepsze, ale co do tego nie ma stuprocentowej pewności.

Jednak poza gabarytami największe wrażenie robią rozmiary poszczególnych elementów. Maska jest wielka niczym lotniskowiec. Sylwetka jest niska, ale przysadzista a błotniki szerokie i wyraźnie narysowane a następnie jeszcze pogrubione. Niemal pionowy przód dominują po dwa reflektory na każdą stronę, natomiast z tyłu ogromne lampy. Być może w Stanach jest zjawiskiem normalnym, jednak na europejskiej ziemi jest wulgarny i dominujący, zwłaszcza w dobie elektrycznych toczydełek czy litrowych pierdziawek.

O ile nadwozie robi spektakularne wrażenie o tyle wnętrze jest dość banalne. Walkę że stylistami wygrali księgowi, więc materiały nie są z górnej półki, a kierownica wydaje się wielka i masywna jak w autobusie. Podobnie jest z gargantuicznymi i komfortowymi fotelami pokrytymi skórą z węża ogrodowego czy deską rozdzielczą, która od czasu do czasu trzeszczy, nie należąc przy tym do najpiękniejszych. Pozycja za kierownicą również jest daleka od sportowych, głównie za sprawą wysokości siedziska, a przez niewielką powierzchnię szyb widoczność jest niewiele lepsza niż w judaszu.

Mimo że Challenger waży tyle co Ryszard Kalisz może pochwalić się sprinterskimi osiągami Usaina Bolta. Zasługa w tym małej jak na amerykańskie standardy jednostki napędowej o pojemności 392 cali sześciennych. Jakby cm3 nie były wystarczająco dobre. Aczkolwiek być może właśnie dzięki temu niewiele jej brakuje do bariery pół tysiąca koni mechanicznych i lawiny momentu obrotowego, przez co szukanie trakcji nawet na dalszych biegach to pozycja obowiązkowa. Na szczęście ośmiobiegowy automat nie zmienia sam biegu mimo czerwonego pola, a gdy najdzie was ochota możecie zrobić to sami łopatką.

Niespożyta moc wraz z dotknięciem przycisku odpowiedzialnego za wyłączenie kontroli trakcji pozwoli na umilanie sobie czasu w oczekiwaniu na zielone paleniem opon, a gdy dotrzecie do zakrętu tylna oś będzie tańczyła a wy na końcu wysiądziecie z brudną bielizną.

Coś co nie mieści się w europejskich standardach to głośność wydechu oraz spalanie. To pierwsze spowoduje, że przy lekkim dodaniu gazu włączycie alarm w okolicznych samochodach, a to drugie mimo odłączania połowy cylindrów będzie oscylować w okolicach dwudziestki, co przy baku o pojemności osiemdziesięciu litrów będzie problemem.

Amerykańskie samochody przyzwyczaiły nas do kiepskich właściwości jezdnych. Producenci zza Oceanu nie wydają się najbystrzejsi, w końcu mają idiotycznie seriale i jedzą gotowaną kukurydzę. Ale tureckie seriale są jeszcze głupsze a Islandczycy zajadają się zakopanym przez pół roku rekinem.

Co można powiedzieć o Challengerze? Na pewno to, że ma kilka lat na karku i bazuje na Chryslerze 300C, a to samo w sobie nie jest specjalnie sportowe. Na dodatek amerykańska limuzyna swoją płytę podłogową zaczerpnęła z Mercedesa W210, który swoją premierę miał przed koronacją Mieszka I. Zatem Dodge nie jest powiewem najnowocześniejszej techniki.

Producent podobnie jak kosmetyczka czy chirurg plastyczny w przypadku Donatelli Versace robił co mógł, ale w zakręcie Challenger nadal jest ciężką kluchą, która najlepiej czuje się na prostych. Mimo mocy nie ma podejścia do sportowych samochodów pokroju Porsche czy Alpine, a jego rywalami są bardziej gorące hatchbacki i to jeszcze nie te z gatunku najmocniejszych. Rozwiązaniem nie jest wybór wersji zaopatrzonych w jęczącą turbosprężarkę, gdyż lawiny mocy nie sposób wykorzystać. Ta zamienia tylko opony w pył i swąd a okiełznanie jej przypomina poskramianie wściekłego pitbulla.

Ale R/T Scat Pack także nie jest grzecznym kanapowcem. Mimo hamulców Brembo nie wytraca prędkości jakoś wybitnie, a jazda na mokrym jest sporym wyzwaniem, nie mówiąc nawet o czymś takim jak śnieg. Owszem możesz mielić kołami na zawołanie, przemierzać autostrady, ale ciężki silnik z przodu, lekki tył z nadmiarem mocy, niezbyt sportowe zawieszenie oraz słaba reakcja na ruch kierownicy to przepis na katastrofę. Na krętej drodze po prostu jedziecie i próbujecie się jakoś trzymać.

Zatem Challenger wydaje się idealny na miejskie bulwary, gdzie jego amortyzatory świetnie radzą sobie z nieregularnością nawierzchni a snucie się z bulgotem spod maski jest lepsze niż doładowany odkurzacz od Porsche, ale nawet tam jest upierdliwy niczym żylaki. W dzisiejszym świecie niedomaga niczym John Rambo w ostatnim filmie. Daje sobie radę, ale czasy świetności ma za sobą.

Sęk w tym, że te wszystkie wady składają się na jego osobowość. Nawet z odłączoną połową cylindrów jednostka napędowa ma w sobie więcej ikry niż spora część europejskich i to wliczając w to te stricte sportowe. Na dodatek jest ostatnim przedstawicielem wymierającego gatunku. Camaro poszło w odstawkę, Corvette C8 jest mocno w stylu Ferrari a Mustang ma silnik z Focusa.

Zatem czy dzięki Challengerowi odkryjemy Amerykę na nowo? Bycie Kolumbem z pewnością nie pomoże, gdyż wówczas wymordowano część rdzennych mieszkańców a pozostałą zamknięto w rezerwatach.

Czy wyobrażam sobie jeżdżenie Challengerem na co dzień? Niespecjalnie. Ma charakter, ale w zderzeniu ze współczesnym światem wydaje się reliktem przeszłości. Mimo to z rozrzewnieniem wspominamy ubiegłe czasy. A R/T nawiązuje do najlepszych z nich. Na dodatek jest wyborem rozsądku. Jego konstrukcja nie pochłonęła takiej ilości zasobów jak samochodów elektrycznych a jego wizerunek świetnie pasuje do anarchisty. Bowiem lepiej przez jeden dzień żyć z ryczącą V8-mką pod maską niż klęczeć przez całe życie w czymś autonomicznym i pseudo przyjaznym dla planety. Bowiem, gdy już raz będziemy na kolanach politycy, ekolodzy i legislatorzy nigdy nie pozwolą nam z nich wstać.

Problem jest jednak inny, to nazwa. Przez fakt, że nawiązuje do wahadłowca kojarzy się z nieudaną misją. Tymczasem Charger wydaje się bardziej charyzmatyczny a w dzisiejszych eko czasach samochód, który nazywa się ładowarka powinien odnieść sukces większy niż Tesla.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.