Dlaczego nie kupować Mercedesa CLA, czyli pobłażliwe spojrzenia kierowców dorosłych Mercedesów.

Już tak jest na tym świecie, że generalnie lubimy ładne rzeczy, czyli mówiąc językiem poetów jesteśmy wrażliwi na piękno. Co za tym idzie mając dwa identyczne produkty pod względem technicznym do koszyka wkładamy raczej ten bardziej urodziwy. W końcu bowiem producent zatrudnił kogoś za ciężkie pieniądze, żeby ten stworzył coś co jak to Janusz Gajos w monologu mawiał w pale się nie mieści. Ergo konsumenci kupują, a producent ma więcej pieniędzy.
Zaiste jest jedna wada takiego interesu. Po pierwsze generalnie konsument sam nie wie czego chce. Na ogół woli coś dostać niż samemu określić przymioty obiektu pożądania. Po drugie idąc za ciosem wytwórca projektując następny produkt stara się bardziej, co często przynosi efekty wywołujące palpitacje serca nawet u Salvadora Dali. Kolejnym nazwijmy błędem jest rozpasanie klientów. To co piękne, ale już znane staje się powoli kanonem brzydoty. Trzeba zatem zaprojektować coś nowego, wmówić odbiorców niemal poczucie winy, wywołane beznadziejnym życiem do tej pory bez nowego, super, hiper, ultra odkrywczego produktu.
Mieliśmy Iphone 3, którego uważaliśmy na cud dizajnu. 4S był ładniejszy od naszych dzieci. 5, która jest nieco unowocześniona wywołuje już lament, że to za mało. A za rogiem podobno czai się tańsza wersja.
Ale jako, że to nie 99gsm.pl a felieton ma być motoryzacyjny przejdźmy do meritum.
Dzisiejsza młodzież na pewno nie pamięta czasów, gdy najmniejszym Mercedesem była C-klasa, a wcześniej 190. Wówczas był to samochód traktowany jako namiastka prawdziwych pereł ze Stuttgartu. Był tańszy przez co automatycznie gorszy niż klasa S. I pomimo ciągłego upodabniania go do flagowca nadal był traktowany z przymrużeniem oka. Dopiero debiut najpierw klasy A, a później B sprawił, że właściciele większego Merca dostąpili czerwonych dywanów. Ale to było za mało.
Idąc za ciosem zbudowano CLS-a, czyli ładniejszą E-klasę, która z biegiem czasu stała się hitem. W końcu za niewiele większe pieniądze dostawaliśmy nieco ciaśniejszy, ale sto razy efektowniejszy samochód niż „okulara” o taksówkarskich konotacjach.
Tyle tylko, że nie każdy potrzebował dużego Mercedesa, a CLS był trochę droższy niż pozłacany Iphone. A jako że rynek nie cierpi próżni, nawet tej wymyślonej, powstał model o oznaczeniu CLA. Patrząc na wymiary jesteśmy w zasadzie pewni, że to ulepszona C-klasa. Chwilę szoku przeżywamy patrząc na słabe silniki i napęd na przód.
Bo otóż szanowni państwo CLA to nic innego jak nieco ładniejsza klasa A w wersji sedan. Z zewnątrz to jeden z najładniejszych Mercedesów ostatnich lat. W środku to nadal samochód z początku alfabetu. Technicznie również. W przypadku VW z Passatem i CC to zrozumiałe, ale w końcu tutaj chodzi o klasę premium.
Odpowiednio skonfigurowany CLA z 211 konnym dieslem kosztuje blisko 270 tyś. złotych. Za A klasę z większym bagażnikiem? Ktoś tu chyba trochę zwariował. Owszem, brzydsza C-klasa będzie droższa, ale to w końcu prawdziwy Mercedes, a nie coś co sprawia, że torebka waszych żon będzie wyglądała lepiej.
CLA to ładny samochód, ze świetną techniką, chociaż skrzynia biegów nieco kuleje, ale spece od marketingu chyba przeszacowali rynek. Albo być może liczą, że wydając ćwierć miliona nikt nie spojrzy na dane techniczne jednocześnie licząc na moc spod znaku gwiazdy.
Lepiej rozwiązało ten problem BMW dzielnie trzymając się koncepcji budowania samochodów w ten sam sposób. Czy jeżdżąc 1 czy 5 czy 7 wrażenie są dość zbliżone. W przypadku Mercedesa działa to od C-klasy. I póki specjaliści ze Stuttgartu tego nie zrozumieją, nowemu członkowi ich gamy modelowej większego sukcesu nie wróżę. Chyba, że na świecie jest tylu technicznych sceptyków. Ale i oni w końcu zrozumieją swój błąd widząc te pobłażliwe spojrzenia kierowców dorosłych Mercedesów.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *