Collins Ben – Aston Martin: Made in Britain.

Książka z pewnością nie ma zbyt dużego nakładu, podobnie jak nie trafi na listy bestsellerów. Prawdopodobnie też Blanka Lipińska do śniadania sprzedaje więcej egzemplarzy niż eks oswojony kierowca wyścigowy. I chociaż nie czytałem wypocin rodzimej „pisarki” z nadmiarem libido, to rozumiem dlaczego „Aston Martin: Made in Britain” nie będzie zbyt popularne.

Po pierwsze jest książką o motoryzacji, a dzięki Tesli oraz elektrycznym hulajnogom nikt już nie jest nią zainteresowany. Po drugie nie ma w niej zbyt wielu zdjęć, większość youtuberek czy tiktokerek robi sobie więcej idąc do toalety. Po wtóre to nie leksykon modeli. Zdaję sobie sprawę, że brytyjska marka w całym swoim porfolio ma mniej modeli niż Dacia, ale opisano tylko kilka.

Wreszcie o samej marce jest relatywnie niewiele. Sporą część publikacji zajmuje rys historyczny założycieli marki oraz tych, którzy choćby w najmniejszym stopniu się do tego przyczynili. Dalej rozdział albo dwa o Fordzie, będącym przez chwilę właścicielem Aston Martina. W końcu przywołanie wspomnień autora i miejsce marki w popkulturze. Anegdot jest całkiem sporo, ale nie zmienia to faktu, że o stricte samym producencie jest jakieś sześćdziesiąt procent, z których większość opisana jest w sposób dość nudny. Na tyle, że dopiero po solidnym miesiącu udało mi się dobrnąć do końca, a nie byłem specjalnie zajęty. Ben Collins potrafi pisać, o czymś świadczą dwie poprzednie publikacje. W tej nie sposób odnieść wrażenia, że był ogromny zapał, lecz zabrakło mięsa, które trzeba było czymś wypełnić. Język co prawda jest całkiem przyjemny, ale w gruncie rzeczy jeśli nie przeczytacie tej książki, niewiele stracicie.


***

zły – *, słaby – **, dobry – ***, bardzo dobry – ****, wybitny – ****

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.