Bajka z tłoka i korbowodu. Smog.

Nie ma świecie niczego bardziej sielskiego niż wiejski krajobraz. To miejsce, gdzie można się odprężyć i zrelaksować. Najlepszymi wioskami są te niemieckie. Można zjeść smażoną kiełbasę z cebulą i napić się piwa z dużego kufla. Kto by jednak pomyślał, że to tajemnicze miejsce będzie również areną dla jednego z największych przekrętów dwudziestego pierwszego wieku.

Niedaleko karczmy przy rynku, w cichej uliczce pod starym bukiem biegacz, gdyby ktokolwiek odważył biegać się w tych stronach, zauważyłby nietypową jak na owo miejsce sytuację. Dwa krótkie błyski są międzynarodowym znakiem wszystkich czarnych charakterów i również tym razem zwiastowały spotkanie. Do stojącego ociekającego testosteronem i umiarkowaną tandetę suva podjeżdża coś, co nazywamy czterodrzwiową limuzyną. Po ostatnim liftingu wygląda mniej niż antyreklama kliniki zmieniającej rysy twarzy, ale nadal nie chcielibyście spotkać tej sylwetki po dwudziestej drugiej.

To właśnie z niej wysiada postawny mężczyzna. Ubrany w drogi garnitur od Versace. Na ręku pobłyskuje złota bransoleta zegarka, który mógłby rozwiązać problemy niektórych afrykańskich państw. Tajemnicza postać podchodzi do czegoś, co udaje terenówkę chociaż na felgach znajdują się niskoprofilowe opony.

– Szef już czeka – rzuca ktoś, kogo można by uznać za szofera, gdyby nie jego szeroki kark i gargantuiczne wprost mięśnie. Zdecydowanie nie wygląda jak Hoke Colburn, a bardziej jak ktoś, kto w dawnym NRD był kobietą i brał udział w nieudanym eksperymencie jakich wówczas przeprowadzano setki na sportsmenkach.

Właściciel złotego zegarka zasiada w przepastnym wnętrzu wykończonym luksusową skórą.

– Jak nasze sprawy? – Odzywa się głos, należący do niskiego i łysiejącego grubasa. Gdyby miał białą brodę mógłby w centrum handlowym przyjmować zamówienia na prezenty od dzieci. Tymczasem to okrutny biznesmen, który uwielbia zabrać wszystko konkurentom, a następnie ich poniżyć. Cukierkiem też nie pogardzi.

– Nie jest dobrze. Mamy pewne problemy – ni to zagaja ni to rozpoczyna rozmowę nowy pasażer.

– Kiedy mianowałem cię dyrektorem do spraw marketingu oraz magii zapewniałeś, że to jak zajęcie Czechosłowacji, a teraz śmiesz mówić, że są kłopoty.

– Przepraszam, ale w dniu nominacji nie wspominał pan, że będzie chciał przejąć największy koncern motoryzacyjny nowożytnych Niemiec.

– Jakbym rozpowiadał o tym na prawo i lewo nie byłaby z tego tajemnica i ty nie byłbyś mi potrzebny. Do rzeczy, o co chodzi?

– Próbowaliśmy już wielu rzeczy, ale wydają się nie do ruszenia.

Zdenerwowanie spokojnego do tej pory wielkiego szefa zaczyna zdradzać pulsująca żyłka na samym środku czoła.

– Ty chyba nie zdajesz sobie sprawy ile jest w puli. Jestem szefem i jednocześnie dziedzicem najlepszego producenta samochodów sportowych na świecie. Na boku robimy też inne rzeczy, ale wszystko zamieniamy w złoto. Mój dziadek założył tę firmę. Był technicznym geniuszem, ale jednocześnie mało wiedział o prowadzeniu takiego przedsiębiorstwa. Chcąc je rozkręcić sprzedał swój najlepszy pomysł, za którego korzystanie musimy teraz słono płacić. Niestety patent należy obecnie do naszego właściciela, który robi samochody dla zwykłych ludzi. Nie ma szans, że oddadzą nam ten jeden projekt. Musimy kupić całą firmę, a nie będę za nich płacił wydumanych bilionów. Masz ich skompromitować. Chce ich mieć za bezcen skamlących o litość. Garbus musi być znowu nasz. Czego nie rozumiesz? Mamy 911-tkę, która czepie z niego pełnymi garściami, ale musimy mieć także pierwowzór. Potem wciśniemy klientom coś o dziedzictwie czy inną bajeczkę, a dalej już tylko ciepłe kraje, zimne drinki i gorące kobiety.

– Ale oni są cwani. Mają dobrych księgowych i jeszcze lepszych prawników. Przewodniczący rady nadzorczej szkolił się u jakiegoś dużego szefa, niejakiego Krzysztofa ze Szczecina.

– Co ty mi tu będziesz gadał. Zdyskredytuj ich. Masz to załatwić.

– Kiedy się nie da. Ich samochody mają legendarną jakość. Każdy chce mieć jakiś model na podjeździe. Są bezpieczne, wygodne i ekonomiczne. Nawet mają jeden, który dobrze wygląda. Poza tym to dzięki nim wszyscy na świecie kochają diesle. Nie sposób ich ruszyć.

– Skoro to takie dla ciebie trudne posłużmy się naszymi największymi sojusznikami.

– Ale Polacy wolą B5-tki. Minie trochę czasu zanim kupią coś nowszego z małym przebiegiem.

– Nie chodzi mi o nich. Myślałem o Amerykanach.

– A co mają z tym wspólnego Jankesi? Ich nie obchodzą małe i ekonomiczne diesle.

– Na jakim świecie ty żyjesz? Odkąd DiCaprio i całe Hollywood jeździ tymi japońskimi hybrydami wszyscy przejęli się jakimś CO2 i tego typu wydumanymi bzdetami. Powiesz im, że coś powstało z plastikowych butelek albo emituje mniej gazów niż krowa i będą szczęśliwi.

– Ale przecież to kłamstwo jak z glutenem czy innym cholesterolem.

– A od kiedy prawda ma jakieś znaczenie? Liczą się statystyki i pełne kieszenie.

– Nie moglibyśmy na początek przejąć jakieś innej firmy. Alfa Romeo cienko przędzie. Albo chociaż Fiata. Mają 500-tkę.

– Zaczynam się zastanawiać dlaczego w ogóle wybrałem akurat ciebie. Co ma wspólnego dychawiczny włoski mikrosamochód z 911-tką? Już z samej nazwy jest jak jej połowa. Z resztą mój dziadek nigdy nie był we Włoszech. Nawet nie opuścił rogatek swojego miasta. Musi być Grabus i albo mi to załatwisz albo szukaj sobie miejsca wśród uchodźców. Nasz kanclerz da ci paszport, a później będziesz chodził w burce.

– Za nic w świecie. Lubię kebaby, ale możliwość posiada kilku żon nie jest mi droższa niż biała kiełbasa.

– Czyli rozumiemy się?

– Tak szefie.

– Teraz uważaj. Mam pewne znajomości w Parlamencie Europejskim. Możemy kazać im przeforsować nową normę spalania, której nikt nie będzie w stanie sprostać. To nic trudnego ani nowego. Następnie przekupimy jakiegoś inżyniera w grupie VAG, by nieco nam pomógł i zamontował we wszystkich samochodach coś, co pozwoli im przejść testy. Potem czas na Amerykanów. Oni uwielbiają takie afery, a ponadto kochają się procesować.

– Teraz już wiem dlaczego szef jest szefem.

– Nareszcie gadasz do rzeczy. Może nie jesteś taki głupi na jakiego wyglądasz i za jakiś czas awansujesz. Koniec odprawy. I pamiętaj, od tego zależy nasza przyszłość. Masz być jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”, a nawet więcej, masz być jak Roberto Giolito.

– A kim on u licha jest?

– Przypuszczałem, że nie masz o nim zielonego pojęcia. To facet, który zaprojektował Multiplę, a później pokazał ją swojemu szefowi. Tak odważnych ludzi nam potrzeba.

– Tym razem nie zawiodę Herr Muzgen. A co będziemy robić jutro?

– Jak to co Herr Pinki, zdobędziemy cały świat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *