A Może Głośniej?

Enzo Ferrari zwykł mawiać, że aerodynamika jest dla kogoś, kto nie potrafi zaprojektować dobrego silnika. Wokół serca samochodu stworzył należyty kult. W Ferrari panowała nawet zasada, że kupuje się sam motor, a resztę dostaje za darmo. Wiele poświęceń i kunszt inżynierów a także pasjonatów sprawiły, że silniki z Maranello należą do najbardziej charyzmatycznych i najlepszych na świecie.

W dzisiejszym świecie nie jest to jednak ważne. W czasach, gdy moda na bycie ekologicznym rozprzestrzenia się niczym epidemia wielkie jednostki napędowe mają coraz mniejszą rację bytu. Ich miejsce powoli zajmują mikroskopijne silniczki o małej liczbie cylindrów wspierane przez tabuny turbosprężarek. A to wszystko w imię bożka niskiej emisji dwutlenku węgla i małej ilości spalonej benzyny.

Nie będę jednak starał się was nawrócić trafiając do waszych serc i udowadniać, że to tak naprawdę nie ma sensu. Że w serwisie zapłacicie więcej, misie polarne i tak zginą a zużycie paliwa będzie większe niż w przypadku dotychczasowych jednostek.

Tak naprawdę zaczynam pisać ten felieton ze sporą dozą smutku. Problemem jest to, że te ekopierdzące silniki z różanym aromatem z rury wydechowej wypleniają naprawdę świetne motory.

Codziennie jesteśmy zasypywani kolejnymi epitafiami. Każdy kolejny nowy model od kolejnej generacji będzie wyposażony w naparstek pod przednią maską. Nowy Mustang będzie miał silnik o pojemności 2.3. Następca Audi RS4 trzylitrowe V6 z doładowaniem. Nie wspominając już o mniej sportowych samochodach.

Jednak najgorsza wiadomość przyszła parę dni temu. Mercedesy AMG darzę szczególną estymą. Wersje Black są europejską odpowiedzią na muscle cary. Po debiucie klasy C kilka miesięcy temu nadchodzi wielkimi krokami premiera jej groźnej wersji. Nowe W205 w garniturze AMG o chwilowo bez cyfrowym oznaczeniu ma mieć skromne czterolitrowe V8. Ktoś powie, że to całkiem sporo jak na samochód dla emerytów. Jeśli jednak popatrzycie na dotychczasowy model zrozumiecie co mam na myśli. A jako, że do pokazania nowej wersji zostało jeszcze trochę czasu to ciężko o bardziej idealny moment, żeby roniąc łzy pożegnać mocnego mamuta.

Jeśli chodzi o sedany klasy średniej o konotacjach premium to Mercedes przy W204 odrobił najlepiej pracę domową. Klasa C wygląda niczym ociosana jednolita bryła, czy to w wersji sedan, kombi czy coupe. Model z dywizji AMG to osobna historia. Wydatny przedni zderzak z wlotami powietrza, przysadzista sylwetka, ogromne pięcioramienne felgi, dyfuzor z tyłu i czterolufowe armaty układu wydechowego. No i skromny spojlerek na tylnej klapie.

Wreszcie widać, że na stylistyce nie oszczędzano i projektowaniu poświęcono dużo czasu. Zmiany przekształcające zwykłą limuzynę w bestię również nie są kosmetyczne i wszystko ma swoją funkcję i cel.

We wnętrzu można poczuć się wyjątkowo. Co prawda nie ma tutaj takich wrażeń jak w Ferrari, ale w końcu bazą był normalny sedan segmentu D. Jest kilka znaczków AMG, licznik wyskalowany do 320 km/h, aluminiowe pedały oraz wygodna kierownica. Na osobne uznanie zasługują sportowe fotele ze zintegrowanymi zagłówkami. Zapewniają znakomite trzymanie bocznie i dobrze sprawdzają się na długich trasach.

Na koniec warto wspomnieć o bardzo dobrym wykończeniu przy użyciu świetnych materiałów i całej palecie różnych gadżetów. Może nie ma ich tyle co w najnowszej klasie S, ale i tak wystarczy na parę godzin nieskrępowanej zabawy w dobieranie nowych ustawień. Tutaj są jednak „mojsze prawdy”.

Czas odpalić ładunek nuklearny. Mercedes przeważnie kojarzony z samochodami dla pięćdziesięciolatków lub taksówkarzy zamontował coś co nawet w Ameryce przyjęliby z otwartymi ramionami. Silnik, słowo zdecydowanie za mało adekwatne do jego charakteru i możliwości, to ręcznie składania V8-mka o pojemności 6.2 litra. Ze swych trzewi potrafi wykrzesać 457 koni mechanicznych i ciężarówkowy moment obrotowy rzędu 600 Nm. Mimo, że samochód waży ponad 1,7 tony nic nie stoi na przeszkodzie żeby od 0 do 100 wystrzelić w 4,5 sekundy. Tak po prostu, bez zbędnych ceregieli i konwenansów. Za sprawą niepisanej ugody przyspieszenie kończy się na 250.

Motor wsparty jest siedmiobiegową skrzynią. Nie jest co prawda tak szybka jak dwusprzęgłówki konkurentów i ma swoje dziwne maniery zmieniając przełożenia zbyt wolno, ale ostatecznie można ją zakwalifikować jako dobrą i spełniającą swoje zadanie. Parę kilometrów i można przyzwyczaić się do jej działania i sterować nią gazem.

Zanim ruszymy warto ustawić jak ma działać system ESP. Może był włączony, wyłączony lecz czuwający i nie działający dopóki kierowca nie spanikuje i wciśnie pedału hamulca. Trzecia opcja to tryb Sport, który pozwala na delikatne uślizgi. Czemu o tym wspominam? Bo to najważniejszy element w C63 AMG.

Gdyby nie powolne toczenie z nanocentymetrowym wciśnięciem pedału przyspieszenie można by odnieść wrażenie, że Mercedes nie potrafi jeździć prosto. Spróbujcie przy wychodzeniu z zakrętu dodać lekko gazu a zakończy się efektownym piruetem wprost w nadjeżdżające z prędkością świetlną drzewo.

Jazda C63 AMG przypomina rodeo na wściekłym dinozaurze z zapalniczką opalającą wasze genitalia i ciosami prosto w nerki z ręki Dariusza Michalczewskiego. To idealne rozwiązanie dla uzależnionych od kawy. Dwadzieścia metrów drogi i jesteście tak obudzeni jak nigdy w swoim życiu do tej pory. Nie możecie nawet mrugać oczami bo w ciągu tej chwili dzieje się zbyt dużo. Jedno wciśnięcie gazu i jesteście w innym mieście. Kichacie i właśnie kogoś przejechaliście. Wyprzedzanie nie trwa wcale, jesteście już przed samochodem nim zdążycie nawet o tym pomyśleć.

Na zakrętach trzeba się pilnować. Merc ma naturalną zdolność do pokonywania wiraży w pełnym slajdzie. Nie chodzi tu o wychylenie o kilka stopni, przy małej dezynwolturze jesteście już prostopadle do kierunku, w którym powinniście go pokonywać. Trzeba się mocno pilnować by pokonać zakręt czysto, ale z drugiej strony to zaprzeczanie naturze. Po prostu ten typ tak ma. Trzeba to zaakceptować i czerpać z tego pełnymi wiadrami przyjemności.

A do tego dźwięk. Pierwotny niczym amerykańskie V8-ki. Dziki, potworny, przerażający, przechodzący przez całe ciało do poszczególnych komórek, słyszalny w sąsiednich województwach, z falą uderzeniową potrafiącą kruszyć mury, wywracający autobusy z Mostu Gdańskiego wprost do Wisły, stawiający wszystkie włosy do pionu i bulgoczący w każdych okolicznościach. Nie ma co się przejmować skrzynią biegów. I tak zawsze będziecie jeździć z przełożeniem o dwa niższym niż nakazuje przyzwoitość. Tylko po to, aby napawać się jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych na świecie rodem ze starych płyt AC/DC, którzy czuli pismo nosem i specjalnie dla niego nagrali utwór „Thunderstuck”, w porównaniu z młodocianymi boysbandami na obecnym topie.

Całe nadwozie jest hołdem dla silnika, ostatniej chyba wolnej V8-mki z Europy.

Mercedes C63 AMG z jednej strony dba o wasze bezpieczeństwo, choćby naciąga pas gdy go zapniecie. Chociaż może to coś w stylu „już cię nie puszczę”. Z drugiej strony potrafi być trochę przerażający. Jeśli zachowacie trzeźwość umysłu nie ugryzie zbyt mocno. Chwila zawahania może jednak sporo kosztować. Ale w końcu o to w tym wszystkim chodzi. Taki ma być sportowy samochód. Może nie najszybszy i najprecyzyjniejszy na torze ale wywołujący uśmiech na twarzy już w momencie planowania wyjścia do garażu. W nim i przy nim czujesz się wyjątkowo. Po jeździe, gdy dopisze ci szczęście i ciągle będziesz w jednym kawałku, spocony poczujesz się królem świata. A to warte każdych pieniędzy. A dzisiaj C63 AMG w dobrym stanie nie kosztuje dużo więcej niż nowy Golf GTI i samochody jego pokroju. Trzeba być szalonym, żeby nie skorzystać z takiej okazji.

I chociaż nie przystaje do dzisiejszych standardów jest jednym z najlepszych samochodów na świecie. Sprawiającym całą masę frajdy. Tak właśnie wygląda prawdziwa motoryzacja.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *