To powinno być zabronione. Na szczęście nie jest.

Podobno żyjemy w wolnym kraju i nie chodzi mi tu bynajmniej o tempo zmian. Udało się nam żyć w kawałku świata, który ma jakąś wolność, jakkolwiek by tego pojęcia nie zdefiniować. Ale spróbujcie coś tylko zrobić to za chwilę zjawi się ktoś z długopisem i notesem do wypisywania bilecików z określoną kwotą. Powiedzenie, że wszystko jest zabronione to spore nadużycie, ale jeśli przyjdzie wam do głowy zjeść mięso w piąty dzień tygodnia to większość społeczeństwa spojrzy na was z politowaniem i pokropi święconą głową i to pomimo że część ich żon chodzi zabandażowana a ostatnio u spowiedzi byli na Wielkanoc. W 1990 roku.

Jesteś nieletni a chcesz spróbować owocu w postaci sfermentowanej? Nic z tego. Dawniej nawet jeśli ledwo wystawałeś z dziecięcego wózka wystarczyło nie robić miny wystraszonego królika by zdobyć upragnioną puszkę. Dzisiaj zamiast tego są wszędzie naklejki, że nic z tego. A gdy jesteś pijany również musisz obejść się smakiem. A przecież każdy o tym wie, że choćby nie wiem jakie zapasy poczynił to zawsze zabraknie jednej półlitrówki.

Na pokład samolotu nie wejdziecie z pilnikiem do paznokci bo zostaniecie potraktowani jako ktoś, kto chciałby wylądować w innym miejscu niż jest to zapisane na tablicy odlotów, a jedyne co możecie zrobić to zniweczyć wypielęgnowane tipsy gadatliwej sąsiadki z fotela obok.

Jak mawiają prawnicy na każdego znajdzie się paragraf. Jeśli nie to w kolejce stoją ekolodzy, a później specjaliści od bezpieczeństwa, którzy tylko czekają by potraktować kartkę papieru jak potencjalne narzędzie zbrodni.

Czemu możecie zawdzięczać ten przydługi wstęp? Ano najnowszemu produktowi z Wolfsburga. Jeszcze parę lat temu nikt łącznie z pisarzami science fiction nie śmiał przypuszczać, że pod kompaktowym płaszczykiem producenci zmieszczą silniki o mocach rzędu 300 koni i wydajniejszą niż kierowca wyścigowy skrzynię biegów. Wystarczy przypomnieć sobie, że pierwsza generacja Golfa GTI miała porywające 110 czystej krwi rumaków. Jednak ktoś postanowił zrobić niemożliwe możliwym i stworzyć z szablonowego, niemieckiego kompaktu coś na kształt poręcznej wyścigówki. Ktoś w Dolnej Saksonii chyba sięgnął po biały śnieg i wcale nie mam tu na myśli pogody. Politycy z Brukseli już pewnie zastanawiają się jak zabronić jego produkcji.

Z której strony by nie spojrzeć na kompaktowego Volkswagena to motoryzacyjne wcielenie urzędnika urzędu skarbowego. Wykonuje swoją mrówczą pracę w beżowej, średniej jakości marynarce oraz ciemny krawacie i niemal nikt nie zwraca na niego uwagi. Jednak w tej wersji ma pod sobą damską bieliznę. Jeśli zatem jesteś fetyszystą lub po prostu zwyczajnie GTI to dla ciebie za mało uważniej przypatrz się wersji oznaczonej literą R.

Na zewnątrz jedyną poważną zmianą są cztery końcówki układu wydechowego. Resztę od biedy można by uznać jako odrobinę nonszalancji inżynierów lub elementy pakietu stylistycznego. W dużej mierze to nadal kompaktowy Golf. Bardzo blisko tutaj do zwykłego GTI. Dopiero bardzo uważni zauważą dodatki w postaci srebrnych lusterek, jak w modelach S od Audi, listwę na grillu w takim samym kolorze, 19-calowe felgi o unikalnym wzorze oraz naturalnie kilka znaczków R.

Również we wnętrzu próżno szukać karkołomnych zmian. Na konsoli centralnej połyskuje czarny plastik, kierownica dumnie nosi 23-cią literę polskiego alfabetu, a kubełkowe fotele zapewniają misiowy uścisk. Reszta jak w zwykłym Golfie, czyli całkiem przestronne wnętrze, które zostało solidnie zmontowane z dobrej jakości materiałów. Jedyny niuans to mniejszy bagażnik. W plebejskich odmianach dostajemy rozsądne 380 litrów pojemności, podczas gdy w królewskiej 343, jednak różnica rzędu 10 procent nie jest nadmiernie dokuczliwa.

Odeszły czasy R32 i wielkich silników V6. Pod maską rozpycha się identyczna jednostka jak w GTI, tylko że tutaj osiąga wrcowe 300 koni mechanicznych oraz 380 Nm momentu obrotowego, który dzięki pomocy turbosprężarki jest dostępny w dieslowskim zakresie obrotów. To wystarczy by nadać flagowemu modelowi osiągi lepsze niż w 964 Turbo czy M3 E92. Nawet 385-konny Jaguar XK z V8-mką ma kłopot w dotrzymaniu mu kroku i musi podkulić ogon. R do pierwszej setki przyspiesza w 4,9 sekundy, a prędkość maksymalna jest ograniczona elektronicznie do 250 km/h.

Być może silnik nie brzmi zbyt spektakularnie, ale bynajmniej nie jest cichy. Jedna przegazówka wystarczy by wszyscy zrozumieli, że nie powinni pchać się na lewy pas. W razie czego wystarczy kopnąć pedał gazu, co powoduje burknięcie połączone z chrapnięciem jak u dużego zwierza. Trzeba tylko robić to w trybie Race. W pozostałych czterech arie nie brzmią już tak soczyście.

Jak na swoje osiągi Golf R jest całkiem oszczędny. Prowadzony dość dynamicznie zużywa średnio w granicach 12 litrów. Oczywiście gnany po wąskich trasach i zmuszany to częstych startów spod świateł, czytaj temperowaniu właścicieli tuningowanych Hond spali sporo więcej, a zbiornik na drogocenny płyn ma tylko skromne 55 litrów pojemności.

Nieocenionym dobrym duchem silnika jest skrzynia biegów. Sześciobiegowe DSG sprawie oraz płynnie żongluje przełożeniami i prawdę mówiąc robi to jako jedna z najlepszych przekładni na rynku.

Sporym zaskoczeniem okazuje się układ kierowniczy. Mimo, że jest progresywny zapewnia naprawdę sporo czucia i jest ponadprzeciętnie precyzyjny. To coś, co zdecydowanie doceniasz, gdy właśnie zbliża się ciasny lewy jeden, a nawierzchnia jest daleka od suchego i gładkiego asfaltu.

Poza mocą silnika największe zmiany zaszły w podwoziu. Względem GTI obniżono je o 5 mm i nieco utwardzono, ale nadal ma wystarczająco komfortową charakterystykę by jeździć po mieście czy wybierać się w dalekie podróże.

Jednak największym dodatkiem jest napędzana tylna oś. Co prawda napęd nie jest stały, a tylko dołączany. Nie lubię za bardzo tego rozwiązania. To trochę tak jak kupowanie ogromnych zapasów papieru toaletowego, gdy ma się biegunkę zamiast przyjmowania gargantuicznych ilości węgla. Ewentualnie koksu. No, ale jednak jest. A konkretniej sprzęgło typu Haldex 5-tej generacji. Podobno ma nawet coś w rodzaju któregoś tam z rzędu zmysłu, co ma pomagać w załączaniu tylnej osi jeszcze przed wpadnięciem w poślizg przedniej. Z gracją potrafi przerzucić nawet zdecydowaną większość mocy na tył, ale nie robi tego szczególnie dyskretnie. Ponadto nie spodziewajcie się tylnonapędowej charakterystyki prowadzenia lub tej rodem z Subaru. W tym rozwiązaniu nadal preferowane są przednie koła. Żeby była jasność, trakcja jest wspaniała. Na suchym nie sposób wyprowadzić Golfa z równowagi, jest niczym w pełni skupiony jogin. Znajdźcie kawałek prostej i wciśnijcie pedał gazu do oporu a zauważycie małe zagięcie czasoprzestrzeni. Na zakrętach jest jak przykręcony na stałe do podłoża, jednak przyciśnięty nadal oferuje zachowania bliższe do tych rodem z czegoś przednionapędowego. Dobra wiadomość jest taka, że domorośli rajdowcy będą mogli wyłączyć ESP i kontrolę trakcji, co w zimowej aurze pozwoli im poczuć się jak na którymś z oesów rajdu Monte Carlo. Gorsza to taka, że względem GTI R przytyło o blisko 100 kilogramów, przez co teraz waży prawie 1,5 tony. I za prawą 4Motion ma mniejszy bagażnik.

Ale nie to mnie najbardziej rozczarowuje w tej wersji. Jazda nawet blisko granicy jest łatwa jak zjedzenie kawałka świątecznego ciasta. Urodziłem się w czasach, gdy 300 koni mechanicznych było liczbą niewyobrażalną, magiczną granicą, której przekroczenie gwarantowało wstąpienie do klubu najszybszych samochodów na świecie. Takich, co to wierzgały i jeśli miały dobry humor przy odrobinie przychylności oraz dobrej woli nie strącały zuchwałego jeźdźca. Tutaj można robić wszystko z zamkniętymi oczami, jedną ręką na kierownicy, dostojnie pykając fajkę jednocześnie. W gruncie rzeczy Golf R jest cholernie szybki, ale mało absorbujący. Patrząc na suche dane techniczne można odnieść wrażenie, że to pierwszy naprawdę ekscytujący Golf w historii. Nie zmienia to jednak faktu, że wszystko robi z linijką w ręku używając do tego perfekcyjnie zatemperowanego ołówka. Być może manualna skrzynia poprawiłaby odrobinę sytuację i tym samym pozwoliła zaoszczędzić 8100 złotych.

A jako, że o pieniądzach już mowa z jednej strony najszybszy Golf wszech czasów jest całkiem rozsądnie wyceniony. Korzysta dokładnie z takiego samego silnika, identycznej skrzyni biegów, bliźniaczego napędu na cztery koła, tożsamego zawieszenia oraz hamulców co Audi S3, które w pięciodrzwiowej wersji wygląda jak kombi, i jest do kupienia za 173 tysiące złotych. Mniej nobilitujący znaczek obniża tę kwotę o 26 tysięcy. Jednak dołóżcie lepszą nawigację, skórzaną tapicerkę, adaptacyjne zawieszenie i kilka gadżetów a zobaczycie rachunek z cyfrą 2 na początku. To zdecydowanie dużo, nie tylko jak na Golfa. Zwłaszcza, że 360-konny Mercedes A45 AMG jest do wzięcia za 185 kawałków.

Ale nawet nie to jest najciekawsze. Otóż za lekko ponad 200 tysięcy możecie stać się posiadaczami dwóch gołych Golfów GTI. Podstawowa wersja przyspiesza do setki co prawda w 6,5 sekundy, ale jeśli wydacie niecałe 8 tysięcy w firmie MTM zwiększą wam moc do poziomu tego z R i urwiecie 0,6. Później każda jedna dziesiąta będzie was kosztować dodatkowe 4 tysiące. Dołączany napęd dostaniecie jako darmową opcję.

To wszystko jednak powoduje, że gdzieś z tyłu głowy kołacze się pewna myśl. Czy GTI naprawdę jest niewystarczające? To coś na kształt księcia, podczas gdy R to król pełnym obliczem. I o wiele łatwiej jest podjąć odpowiednią decyzję, kiedy na światłach obok stoi jakikolwiek innych gorący hatchback.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *