Przyjaciel głowy rodziny. I nie tylko.

Zwykle w tym miejscu pojawia się pewna myśl absolutnie nie związana z motoryzacją. Zazwyczaj, lepiej lub gorzej, staram się udowodnić, że choćby nie wiem jak karkołomna, choćby z nie wiadomo jak wielką dozą dezynwoltury stała się prawdziwa. Przynajmniej tak dzieje się w moim umyśle.

Po przydługim wstępniaku nastaje chwila, w której czytacie o czymś szybkim, wyjątkowym i sprawiającym, że każdy facet czuje się lepiej. A nic bardziej na to nie wpływa jak męskość.

A skoro o tym przymiocie mowa, nic o nim bardziej nie świadczy, przynajmniej w oczach cywilizowanego świata, jak potomstwo.

Na dziatwę czeka wiele niebezpieczeństw, ale jako, że daleko mi do SuperNiani ominę je zgrabnym driftem. Szanujący się ojciec rodziny spełniając obowiązki zawodowe nie może zaniedbać tych rodzicielskich. W związku z czym potrzebuje czegoś co mu w tym pomoże.

Nie ma takiego samochodu, który były lepszą definicją kombi niż Volvo. Jeszcze przed paroma laty każda „fałka” ze Szwecji była niczym ociosany kamień, a gdy twoje dziecko akurat zapomniało linijki mogłeś mu dać dowolną część, była bowiem idealnie prosta.

Czas jednak leci i wraz z nastaniem XXI wieku skończyły się czasy kanciastych Volvo. Nadeszła era obłości, a najnowszym i chyba najładniejszym wyrobem jest V60.  W tym wypadku z dwulitrowym dieslem w wersji Ocean Race.

Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o wygląd i konfigurację specjalnej edycji to ręka sama składa się do podpisania odpowiednich dokumentów, byle tylko odebrać kluczyki. Połączenie kształtów, niebieskiego lakieru i jasnego wnętrza przenosi do gdyńskiej mariny. Właściwie patrząc na V60 aż dziw bierze, że nie potrafi pływać.

Warto zamówić pakiet R, gdyż dodatkowo podkreśla krągłości samochodu. Szkoda tylko, że jedynie z nomenklatury przywołuje dawne V70 R.

Wnętrze to połączenie dobrych materiałów i powściągliwego designu. Nie ma tu żadnych budek w stylu Hondy Civic. Jedyną rzeczą budzącą szał jest pusta z tyłu konsola centralna. Ale nie jest to złe zjawisko. Wszystko jest w odpowiednim miejscu i działa tak jak to przewidział producent.

Miejsca jest sporo, również w bagażniku. Ktoś kto projektował samochód wiedział co robi. Każdy element działa lekko i bez zbędnych ceregieli udaje się złożyć tylną kanapę. Również jeśli chodzi o konstrukcje ułatwiające życie rodzicom kierowano się doświadczeniem, a nie fantazją. Przynajmniej tak mówił znajomy właściciel podobnego egzemplarza. Jedyne co wkurza we wnętrzu to kolor tapicerki. Na co dzień jest świetna, pod jednym wszakże warunkiem. Jeździcie sami bez soczków, czekolad i kaszek. Nic bardziej nie wkurza niż kremowe fotele otoczone delikatną skórą za dziesięć tysięcy utytłane bliżej nieokreśloną substancją.

Silnik to popisowy numer Szwedów. Gdyby nie to, że nie trawię diesli byłby to absolutny numer jeden. Pięć cylindrów nieco zmienia smutny dźwięk motoru. A ten legitymuje się ponad 160-cioma końmi mocy i momentem obrotowym, który wynosi równe 400. To pozwala na sprawną jazdę, a w razie czego pomoże w przetransportowaniu przyczepki z piaskiem do przydomowej piaskownicy.

Co się tyczy zawieszenia to jest udanym mariażem komfortowej i wygodnej jazdy ze stabilnym pokonywaniem zakrętów. Osiemnastocalowe felgi potrafią trochę zatrząść nadwoziem, ale za to są naprawdę ładne. Dla urody warto pocierpieć.

W tym miejscu „nadejszła” chwila, żeby pomarudzić. Jak wiadomo Volvo słynie z bezpieczeństwa, zarówno czynnego i biernego. Mamy więc pięć gwiazdek w testach zderzeniowych i multum różnych elektronicznych przeszkadzajek. A to asystent martwego pola, zmiany pasa, a to sugestia zmiany biegu, redukcji ustawień klimatyzacji, czy nawet samoistne zatrzymanie przed przeszkodą lub przechodniem. W utopijnym świecie miałby sens. Na naszych drogach niekonieczne. Mimo całej staranności systemy potrafiły nieco zgłupieć albo sygnalizować coś czego nie było. Ominięcie dziury w jezdni potrafi wywołać ferię kontrolek na tablicy rozdzielczej, przy której bożonarodzeniowa choinka Clarka Griswolda to zwyczajny kaganek.

Sugestie odnośnie oszczędnej jazdy samochodem mogą być przydatne. Podobnie jak inne systemy, które w większości sytuacji działają. Tyle tylko, że to ja wiem najlepiej kiedy zmienić bieg, jak bardzo klimatyzacja ma chłodzić, gaszenie silnika przy zatrzymaniu cały czas wywołuje nerwowe uczucie, czy na zielonym zapali oraz jak rzewnie będę się tłumaczył, że to nie ja a samochód. Na szczęście większość tych gadżetów można wyłączyć lub po prostu ich nie zamawiać ciesząc się bezstresową jazdą porównywalną z pełnomorskim rejsem.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *