Nienawidzę moich nowych jeansów.

Czas przed świętami to prawdziwa katorga. Nawet dla uwielbiających zakupy i maratony po galeriach handlowych kobiet. I być może zabrzmi do szowinistycznie, ale mężczyźni mają jeszcze gorzej. Kupno odpowiedniego prezentu to prawdziwa loteria.

Znacznie gorzej robi się jednak w momencie wyprzedaży i gdy stwierdzacie, że wasze ulubione jeansy nadają się tylko do używania jako szmata. Kupno całej reszty garderoby to względnie mała kara. Prawdziwy horror to spodnie. Jedną z kategorii męczarni w piekle to wybór czegoś co okryje wasze cztery litery.

Najpierw spędzasz godzinę, żeby dojechać do sklepu. Później jest problem z parkingiem, ponieważ wszyscy wpadli na ten sam pomysł co ty, wiadomo instynkt stadny. Wreszcie wyjeżdżasz ruchomymi schodami na górę by zobaczyć niezgłębioną i nieprzejednaną sieć sklepów aż po horyzont.

Kierujesz się w lewo i jeszcze zaopatrzony w naiwną nadzieję, że oto w pierwszym napotkanym butiku coś kupisz i szybko wrócisz do domu, przekraczasz bramki. Wtedy jeszcze nie wiesz, że to tak naprawdę wrota do piekieł. Z początku nie jest źle. Wybór jest całkiem spory i nie ocierasz się o innych narwańców by dotrzeć do wieszaka. Kolejny poświąteczny cud obok przytycia tylko dwóch kilogramów to znalezienie odpowiedniego rozmiaru. I w tym momencie każdy facet byłby skłonny od razu udać się do kasy celem zakupu, ale zbyt dużo razy przekonałeś się, że największymi kłamcami obok polityków są właśnie firmy odzieżowe. Zawsze jest coś nie tak z rozmiarem. Choćbyś kupował ubrania tylko jednej firmy to zawsze się będą różniły.

Zatem udajesz się z „idealnym” rozmiarem i jednym mniejszym oraz drugim większym dla pewności, że nie będziesz musiał znowu wędrować w kierunku wieszaków.

Po odstaniu swojego w kolejce i wzięciu numerka wreszcie wreszcie trafiasz do kabiny, lub jak się szybko przekonasz, piekielnego kotła.

Po mocowaniu się z zamkiem zauważasz, że oczywiście jest jeden haczyk, więc nie masz wyjścia i musisz zostać w kurtce. Na mikroskopijnym stołeczku kładziesz telefon, portfel i klucze, jednocześnie powtarzając sobie w myślach jak mantrę by o nich nie zapomnieć wychodząc.

I tu zaczyna się prawdziwe cierpienie. Nie chodzi bynajmniej o twój wizerunek w lustrze. Jak na pięć karnetów na siłownię kupionych w przypływie euforii po ostatnich pięciu Sylwestrach i w sumie siedmiu wizytach na siłowni, twoje ciało wygląda całkiem dobrze.

Zaczynasz rozsznurowywać buty. Czy to nie w 2016 roku miały być produkowane samowiążące się buty? Wreszcie stoisz w samych skarpetkach na dawno niewidzącym odkurzacza dywaniku. Z nieskrywaną dumą zauważasz, że rano mimo ciemności udało ci się jednak dobrać pasujące kolorem skarpetki. Gorzej z długością, ale przynajmniej nie są dziurawe. Ściągasz jedną nogawkę zręcznie balansując na jednej nodze starając się nie polecieć na drzwi i nie załapać się na sesję zdjęciową robioną przez innych klientów sklepu.

Pełen pozytywnego myślenia bierzesz pierwszą parę. O ile na długość jest w porządku to szerokość w pasie się nie zgadza. Bierzesz większe dziękując w nadziei, że do przymierzania odpadną te mniejsze. Są niemal idealne, gdyby nie fakt, że mają zbyt wąskie nogawki u dołu. I to nie ten model, ponieważ ktoś pomylił wieszaki. Zły i spocony licząc do dziesięciu zaczynasz się ubierać. Własne spodnie, buty, komórka, portfel, klucze. Niczym Mojżesz przez Morze Czerwone przedzierasz się przez tabun klientów celem znalezienia Świętego Graala. Może nie ten kolor i fason, ale na oko wydają się w porządku. Znowu kolejka do kabiny, ściąganie wszystkiego, stołek, akrobacje, zawód, pot płynący po całym ciele, złość i zrezygnowanie. Dość tego. Mówisz sobie coś, czego będziesz żałował przez długie lata, pora na kolejny sklep.

Kolejna alejka, wiara, że w pierwszym lepszym sklepie się uda. Ponownie przeżywasz loterię rozmiarów, balansowanie, ćwiczenia pamięci, zawód i zrezygnowanie. Łapiesz się, że to już chyba dwudziesty ósmy sklep, ale jednocześnie nie wierzysz sobie, chociaż miałeś dobre oceny z matematyki. Minęło całe popołudnie, nastał wieczór a tym samym nadzieja na miłe chwile z chmielowym napojem odeszła w niebyt.

Postanawiasz przycupnąć na ławeczce wśród alejek. Błądząc myślami dostrzegasz, że świat się zatrzymuje. Zrezygnowanie zastępuje chęć walki. Jesteś facetem, potomkiem wikingów i neandertalczyków, którzy wyszli z jaskiń by zdobywać oraz dominować. Kupisz te spodnie, choćby to miałaby ostatnia rzecz w twoim życiu. Jesteś zwycięzcą. A tak naprawdę bardziej mierzi cię fakt, że jak nic nie kupisz to będziesz tu musiał wrócić za tydzień.

Najgłupsze pomysł są najlepsze, więc wracasz do tego pierwszego sklepu. Trafiasz na odpowiedni rozmiar. Wszystko nawet pasuje, fason, kolor. Może nogawki są nieco zbyt długie, ale będzie można je modnie podwinąć albo nawet obciąć. Uradowany ustawiasz się w kolejce do kasy. Bawiąc się telefonem dostrzegasz jak bardzo świat zmienił się w ciągu tego jednego dnia. Po sprawdzeniu dwa razy poczty, zalajkowaniu kilku zdjęć i jednej partii w ulubionej grze jesteś już drugi w kolejce. W końcu twoja chwila. Nie ma Szymona Majewskiego z tekstem „mamy cię”. Kasjerka nie musi zmienić rolki w kasie ani udać się na obiad. Sęk w tym, że na cyfrowym wyświetlaczu pojawia się kwota z kosmosu. Czterysta złotych. Za jeansy, których zrobienie kosztowało mniej niż wystrzelenie człowieka w kosmos. W myślach przeliczasz to na części zamienne do samochodu i akcesoria. Remont zawieszenia można odłożyć, a hamulce jeszcze dość dobrze łapią. Naprawdę szkoda ci, ale w myślach zaczynasz grać w pokera. Jeśli nie teraz to będziesz musiał tu znowu przyjechać, mierzyć i tak dalej. Trudno, all in. Słyszysz tylko cichutki płacz twojej karty, ręka drży ci jakbyś był bohaterem „Pod Mocnym Aniołem” ale zachowujesz kamienną twarz jakbyś miał co najmniej fula. Jeszcze tylko przebicie się na parking i droga do domu. Jesteś lepszy niż Tom Cruise w ostatniej części „Mission Imposible” a Tommy Lee Jones w „Ściganym” to przy tobie posterunkowy Cezary Cezary. Kolejny raz uratowałeś świat. Przynajmniej tak myślisz.

Tu jednak historia się nie kończy, by po dwutygodniowym antrakcie ma mieć swój bolesny finał. Zadowolony z poprzednich zakupów stwierdzasz, że jesteś tak dobry by dokupić ze dwa t-shirty. Wiedziony postawą zwycięzcy chcesz zmierzyć się wzrokiem z wieszakami, na których wisiały spodnie. Już czujesz słodki smak glorii, gdy dostrzegasz złowieszczy napis promocja i znajdujesz swoje nowe jeasny za połowę ceny. Kurtyna.

Co to ma wspólnego z samochodami? Zostałem blogerką modową? Otóż nie. Historia jest prawdziwa, podobnie jak wszystkie uczucia jej towarzyszące.

Zupełnie jak z nowym Renault Megane. Z jednej strony ma ciekawy wygląd, a z drugiej ktoś przesadził z mnogością ledowych świateł. Ilość miejsca w środku jest nieco rozczarowująca, w przeciwieństwie do liczby gadżetów. Najmocniejszy w gamie diesel oferuje raptem przyzwoite osiągi a zawieszenie jest żywcem wyjęte z drugiej generacji modelu. Podobnie jak cały osprzęt, który jest niespecjalnie interesujący i zupełnie nie zajmujący. Najgorsze jest jednak to, że Renault za to wszystko życzy sobie prawie sto tysięcy złotych. Za coś, co jest zwykłe w złym znaczeniu, a za rok będzie warte mniej niż Tic Tac. Kilka dni z Megane i zaczynasz się zastanawiać, czy zostanie modelem przymierzającym męskie spodnie to aby nie dobry pomysł na życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *