Mini zmieniło się w spódnicę za kolano, a Niemcy są wyjątkowo roześmiani.

Powoli zaczynam odnosić wrażenie, że postęp ostatnio nie jest już tak dynamiczny jak dawniej. Jeśli wziąć pod uwagę ostatnie stulecie to jako cywilizacja chyba nie zrobiliśmy niczego przełomowego, a gdy coś się udało to specjaliści od BHP z Unii Europejskiej odpowiednio zadbali żebyśmy z tego nie korzystali. Przykładem jest chociażby rdzewiejący naddźwiękowy samolot pasażerski.

Ludzie nie mają niczego nowego, czym mogliby się ekscytować albo zwariować na punkcie jakiegoś przedmiotu. Co tydzień prezentowany jest samochód, którego liczba koni mechanicznych jest większa niż budżet dużego miasta, a liczby jakie określają prędkość maksymalną są bliższe poziomowi cholesterolu.

To wszystko naturalnie nie ma znaczenia, gdy mieszkasz w dużym mieście i jesteś singlem. Potrzebujesz ciekawego samochodu, który jest odpowiednio mały i zwinny a także modny. A co może być lepszego niż retro? Producenci już jakiś czas temu znaleźli rozwiązanie i teraz możemy rozkoszować się starymi kształtami w nowoczesnym wnętrzu. W zalewie identycznych modeli projektowanych przez maszyny to prawdziwe zbawienie dla osób wrażliwych na piękno. Mamy zatem Mini, 500-tkę czy Beetle’a. Ok, może na widok każdego z nich nie ślinimy się jak na widok „Słoneczników” van Gogha, ale zawsze przyjemniej jest zobaczyć na ulicy małego Fiata niż kolejne Clio.

A teraz mamy nowe Mini. I muszę przyznać, że jak kiedyś wyśmiewałem Porsche za kolejne wcielenia 911-tki tak tym razem szpila należy się BMW. Nowe wcielenie jest produkowane od 2001 roku i przez trzy generacje nie poczyniono absolutnie żadnych zmian. Wszystkie modele wyglądają dokładnie tak samo. Ta sama bryła, ten sam kształt reflektorów, nawet wnętrze nie przeszło przełomowych zmian jeśli nie liczyć miejsca, gdzie zamontowano prędkościomierz.

Nie zrozumcie mnie źle. Każde Mini rozpala zmysły niczym pewna tęcza w Warszawie. Nie wyobrażam sobie, żeby wyglądało zupełnie inaczej, ale styliści mogli naprawdę pokusić się o trochę inny wygląd. Jak teraz odróżnić bogatego hipstera, którego stać na nowy model od tego, który jeździ poprzednią wersją?

Wielu zarzuca Mini, że nie jest już taki jak oryginał, że jest za duży, że jest niemiecki i nie tak dobry jak protoplasta. Mają trochę racji, ale pierwowzór był mały, nieekonomiczny, a w teście zderzeniowym przypominałby raczej otwartą parasolkę, a nie solidną konstrukcję absorbującą energię. Najważniejsze jest to, że pomimo urośnięcia 22-óch centymetrów na długość, 4-ech na szerokość oraz 2,5 na wysokość względem interpretacji z 2001 roku trzecia, nowożytna generacja Mini ma nadal wszystkie charakterystyczne cechy, ciągle ma odpowiednie proporcje oraz wygląd, który chyba wszystkim się podoba i powoduje skręt szyi u przechodniów.

Wnętrze jest w zasadzie bardzo podobne do poprzednika. Ze zmian należy podkreślić przeniesienie przycisków do sterowania szybami na drzwi oraz umieszczenie prędkościomierza przed kierowcą, a nie na centralnej konsoli. Jest bardziej praktyczne, chociaż osobiście życzyłbym sobie, żeby obrotomierz był takich samych rozmiarów.

Z przodu siedzi się nisko i wygodnie. Fotele gwarantują dobre podparcie, a miejsca jest wystarczająco nawet dla roślejszych osób. Przeszkadza jedynie podłokietnik, który uniemożliwia korzystanie z hamulca ręcznego, komfortowego zmieniania biegów oraz używania panelu dotykowego rodem z drogich modeli BMW.

Natomiast mimo zwiększenia rozstawu osi o blisko 3 centymetry podróż na tylnej ławeczce nadal trzeba traktować w kategoriach kary za podwójne morderstwo. I po co na kanapie przewidzianej dla dwóch osób trzy uchwyty na kubki?

Podobna sytuacja jest z bagażnikiem, który bardziej przypomina pudełko od zapałek. Kufer jest mniejszy niż w Citroenie DS3 czy Audi A1.

Jeśli chodzi o utyskiwanie to część materiałów mogłaby być przyjemniejsza w dotyku i klapka schowka przed pasażerem mniej się chwiać, gdy jest otwarta. Szkoda też, że kilka przełączników przeniesiono wprost z BMW, trochę jakby zabrakło fantazji.

Mini to naturalnie gadżet w kategorii samochodów, a i tych nie zabrakło we wnętrzu. Możemy dowolnie dodawać opcje i korzystać dobrodziejstw technologii, które głównie są dostępne w dużo droższych pojazdach. Wieloma z nich zawiadujemy za pomocą pokrętła i ekranu, który zyskał oryginalne i sprytne menu. Można na nim oglądać aktualnie rozwijaną moc albo gustowne Mini w okularach.

Ograniczenie zużycia paliwa i emisji CO2 spowodowało, że pod maską Mini Coopera znajdziemy teraz trzycylindrowy silnik o pojemności 1,5-litra. Dzięki turbosprężarce ma 136 koni mechanicznych mocy oraz 220 Nm momentu obrotowego. W kwestii osiągów nie ma się czego wstydzić. Pierwszą setkę osiągniemy w mniej niż osiem sekund. Jednak najważniejsza jest elastyczność. Nie ważne na jakim biegu aktualnie jedziemy, Mini chętnie zbiera się do przyspieszania. Trochę szkoda, bowiem skrzynia biegów jest więcej niż przyjemna. Ma krótki skok, a biegi wchodzą z charakterystycznym dźwiękiem. Dodatkowo wśród znajomych będziecie uchodzili za wyśmienitych kierowców, bowiem przy redukcji sama dodaje obrotów by zmiana była płynniejsza.

Pomimo tego, że układ kierowniczy ma elektryczne wspomaganie jest bardzo komunikatywny. Nie ma problemu z wcelowaniem przodu dokładnie tam, gdzie chcemy.

Wielbiciele poprzedniego wcielenia samochodu będą odrobinę zawiedzenie sposobem pracy zawieszenie. Do tej pory było raczej twarde i nie omieszkiwało informować o stanie nawierzchni. Tym razem nie jest już w stylu gokartu. To o wiele dojrzalsza konstrukcja, dzięki czemu znacznie sprawniej wybiera nierówności. Nie oznacza to bynajmniej, że Mini jest nagle komfortowe. Nadal jest zwinne i sprężyste, dzięki czemu Cooper prowadzi się bardzo dobrze i wchodzi w zakręty jak pięść Korwina w twarz polityka. Teraz to taki wyważony typ.

Słowo krytyki jednak należy się specjalistom od ekologii. Tryb oszczędzania jest absolutnie bezsensowny. Powoduje, że silnik jest ospały, a reakcja na naciśnięcie pedału przyspieszenia jest jak po zapaleniu pewnego ziołowego papierosa. Najlepiej przemieszczać się cały czas z dynamicznymi nastawieniami.

W przeciwieństwie do pierwszego Miniaka aktualny model nie jest taki. Najtańszy Cooper to wydatek rzędu 85 tysięcy złotych. Opcji jest tyle, że można obdzielić kilka innych samochodów, co naturalnie podnosi cenę. Solidnie. Jednak bycie modnym ma swoją cenę.

Mini nie jest dla każdego. Za jego cenę można kupić rodzinne kombi, ale jeśli jesteś singlem lub na początku związku to świetny wybór. Cała konstrukcja ewoluuje oraz jest dojrzała i dopracowana jak nigdy. Dodatkowo codziennie rano będziesz w świetnym humorze, że do pracy pojedziesz Mini. I wielu napotkanych na waszej drodze ludzi również. To dowód, że również Niemcy mają poczucie humoru.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *