Mam odchowane pasożyty, dłubię w nosie, a mój samochód jest uzależniony od heroiny.

Jeśli chodzi o cykl życia mężczyzny, to jakieś dwadzieścia lat rzeczonego etapu należy do najsmutniejszych i najgorszych, zwłaszcza pod względem motoryzacyjnym. Najczęściej ten okres przypada na pierwszą pięćdziesiątkę, często ledwo przekroczywszy próg odkąd „naście” odchodzi bezpowrotnie w zapomnienie, czy też inny niebyt.

Wiąże się to ze złośliwością natury ludzkiej jak i głównej winowajczyni we własnej osobie. Nie ma co robić z nadwyżkami hormonów i innymi płynami, dlatego osobnik płci męskiej rozsiewa je na prawo i lewo. Tak przynajmniej został zaprogramowany. Następnie się żeni, co już nie jest takie zgodne z prawami przyrody, kupuje domek na przedmieściach w stuletnim kredycie, zaczyna dzielić swoją przestrzeń z wiecznie drącym się i czegoś chcącym nowym członkiem stada i w końcu chodzi do najgorszej, przynajmniej w jego mniemaniu, pracy, gdzie szefem jest jakiś  idiota z jedną półkulą.

Co otrzymuje w zamian? Najczęściej to co spadnie ze stołu, przy czym w przypadku posiadania czworonoga niedobitki z tego, wieczne pretensje połączone z niewyspaniem i dodatkowo zderzenie rozpędzonego tira lub innego pociągu, który bezpardonowo  uderza w jego młodzieńcze marzenia i wizje.

Dodatkiem jest samochód dowolnej marki, obowiązkowo w nadwoziu kombi, tudzież jednym  z najgorszych wytworów ludzkiej myśli technicznej w postaci vana lub minivana, koniecznie w dieslu.

I tak trwa w tym przez blisko dwadzieścia lat lub gdy ma nieszczęście dłużej. W końcu po odchowaniu pasożytów i zapewnieniu wypłacalności u najbliższej kliniki oferującej zabiegi na ciało dla małżonki, jeśli ma szczęście i cokolwiek mu zostało może pozwolić sobie na powtórne bycie małym, siedmioletnim chłopcem, który grzebie w nosie i ma nad łóżkiem plakat swojego ulubionego samochodu.

Co prawda myślał, że zrobi oszałamiającą karierę i będzie jego właścicielem w okolicach trzydziestki. Wówczas tylko on, jego ukochany samochód i czasem jakaś kobieta u boku.

I pojazdem, który nierozerwalnie łączy oba okresy w życiu mężczyzny jest Porsche 911, które w zasadzie samo już mogłoby przechodzić kryzys wieku średniego. I nic to, że niektórzy uważają je za szybsze wcielenie garbusa, albo to, że przez cały czas wygląda tak samo, czy błędy w konstrukcji. Ze swoim silnikiem po złej stronie powinno wyginąć jak Spinosaurus aegyptiacus, ale z całą pewnością przeżyje wszystkie Gallardo, Italie czy R8-ki.

A teraz jest nowy model. Szybszy, mocniejszy i lżejszy. Nadwozie w całości wykonane jest z aluminium. Wygląda w gruncie rzeczy tak samo jak 997, ale niech was nie zwiedzie powierzchowność. To zupełnie dziewicza generacja o oznaczeniu… nie, nie 998, a 991. Też tego nie rozumiem. Trzeba zaznaczyć, że w ciągu półwiecza to dopiero czwarty zbudowany od podstaw model.

Konstrukcja jest ta sama. Napęd na tył, skrzynia z tyłu, podobnie jak silnik. Nie wiem jak to robią w Zuffenhausen, ale mimo niekorzystnego rozkładu mas nie zachowuje się jak wahadełko. Zakręty bierze jak narkoman uzależniony od heroiny w poszukiwaniu działki. Przejeżdża Północną Pętlę szybciej niż poprzednie Turbo i GT3.

Wnętrze to z jednej strony przestronny i wygodny salon. Doskonałe materiały i wykończenie. Z drugiej to typowo wyścigowy kokon, który otula i podtrzymuje kierowcę w najbardziej karkołomnych manewrach.

Pomaga w tym technika i wiele, naprawdę wiele kilkuliterowych skrótów, które na pewno coś robią. A muszą bo jeździ się wspaniale. Szersza przednia oś zapewnia góry przyczepności. Zakochałem się? Porsche przesłało mi na konto okrągłą sumkę? Niestety nie. Mimo to, nowa 911-tka to naprawdę dobry samochód.

Jest azaliż parę małych spraw, które odrobiną psują relację. Nie na zasadzie „to dziecko listonosza”, ale jednak. Pierwsza to układ kierowniczy, tutaj w pełni elektryczny. Nie ma żadnego fizycznego połączenia między kierownicą a kołami. Na początku sprawia pewne problemy i nie jest tak świeży jak choćby w 997 GT3, aczkolwiek już po paru minutach nabiera się wprawy i udaje się samochód wrzucić tam, gdzie się planowało. Na zakrętach mimo korekt nadąża za zmianami, więc nie jest źle. Na szczęście nie ma nic wspólnego z Play Station. Niezupełnie minus, ale przydałoby się pewne dopracowanie, wisienka na torcie. Pewne będzie w MKII.

Wzorem innych producentów zrezygnowano z normalnej dźwigni ręcznego. W przypadku dużej limuzyny to nawet zrozumiałe, ale w jeśli chodzi o auto stricte sportowe już nie do końca.

Wyraźne widać również chęć montowania tylko jednej skrzyni, a jest nią PDK, jak choćby w nowym GT3. To jeden z najlepszych mieszaczy na rynku (poziom GT-R’a), ale chodzi o to, żeby być jak najbardziej zaangażowanym w prowadzenie, w przypadku PDK coś nas omija. Na szczęście jest siedmiostopniowy manual, wymaga przyzwyczajenia lub po prostu zapomnienia o nadbiegu.

Cały samochód sprawia wrażenie bardziej gotowego na wszystko. Sprawdzi się w porannych zakupach pieczywa, wyjeździe do Saint Tropez, pod warunkiem relatywnie małych bagaży, czy torowych wygłupach. Tak, jest nieco bardziej samodzielna, sprawia wrażenie, że potrafi sama zrobić wiele rzeczy, bez kierowcy. Nie do końca jest to wadą, w końcu od hardkorowych harców jest RS.

Werdykt? To z pewnością 911-tka. Nie wiem jak udało się inżynierom osiągnąć dwa, w gruncie rzeczy sprzeczne, cele. Z jednej strony bardziej komfortowa, niemal w stylu GT. Z kolei z drugiej jest bardziej ostra, dynamiczna. Nie jest idealna, ale bardzo blisko jej do tego.

 

PS: Tylko po zakupie niech nie przyjdzie nikomu do głowy wyrywanie lachonów na porszawkę i zostawienie żony, bo cały cykl zacznie się od początku.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *