Lexus z paszczą Predatora rusza na niemieckie łowy.

Wyprodukowanie luksusowego samochodu nie jest rzeczą łatwą. To znaczy być może w gruncie rzeczy jest, ale sprzedanie go to zupełnie inne wyzwanie. To tak jakby Fiat wyprodukował model 1000000 konkurujący z klasą S. Nikt by go nie kupił poza Ambasadami Włoch i rządem kraju Berlusconiego.

Dlatego tak bardzo dziwi postęp i sukces marki, która nie ma jeszcze ćwierćwiecza. Oczywiście stoi za nią Toyota, ale zrobienie z nieznanej firmy pełnoprawnego konkurenta dla trójki z Niemiec to olbrzymi sukces.

Co prawda zaliczają wpadki produkując ciągle hybrydy, ale co ważne dla fana z benzyną zamiast krwi mają w ofercie również jednostki tradycyjne.

Nowa wersja najmniejszej limuzyny japońskiego producenta może w  końcu zerwać z łatką bardziej luksusowego Avensisa. Designerzy z Lexusa w końcu z odwagą potraktowali nadwozie tnąc i przecinając je z każdej strony. Sylwetka jest ostra i na swój sposób sportowa. Nie jestem przekonany co prawda do daleko pociągniętych tylnych lamp, ale przód z paszczą Predatora i oczami podkreślonymi indiańskimi znakami wojennymi budzi respekt na lewym pasie. Można nawet powiedzieć, że IS jest ładny.

Wnętrze trąci nieco Lexusem LF-A, ale to żaden zarzut. Wszystko wygląda dobrze, jest spasowane na odpowiednio wysokim poziomie i w końcu jakoś wygląda. To nie tylko połać materiału z pustą przestrzenią, ale prawdziwa deska rozdzielcza z przyciskami. I myszką sterującą, do której trzeba się przyzwyczaić.

Na osobną pochwałę zasługują fotele. Zapewniają odpowiednie wsparcie i są wystarczająco komfortowe. Nie zasypiasz w nich, a same w sobie zachęcają do jazdy.

Dawniej Lexusy były znane ze świetnego nagłośnienia, ciszy w środku, komfortu i porażającej nudy jeśli chodzi o prowadzenie. Były kompletnie wyprane z emocji jak nie przymierzając pralka automatyczna.

Jednak inżynierowie robiący sportowego LF-A najwyraźniej zakradli się w nocy i wprowadzili kilka zmian i w IS-ie. Rezultat to sztywniejsza karoseria oraz poprawione zawieszenie i układ kierowniczy. Samochód jest niższy i szerszy, co pozwala na bardziej agresywne branie zakrętów. Na szczęście nie kosztem komfortu, ten nadal jest na swoim miejscu.

Mimo to spece od elektroniki wrzucili swoje trzy grosze, w właściwie litery pod postacią ESP. Samochód wiele na tym traci, moc jest zbyt sztucznie ograniczana. To zupełnie niezrozumiałe ze względu na naprawdę dobre zawieszenie i podwozie. Wciskając odpowiedni przycisk na szczęście możemy uwolnić się od tego kagańca i pobawić IS-em, ale nawet wtedy nie ma chwil strachu i powodów do niepokoju.

Do tego jednak nie przystaje silnik. Jest dobry, ale ma za mało mocy. V6-tka ma tyle samo mocy co Golf GTI i sześciobiegowy automat, który sam w sobie jest dobry, chociaż nie na tyle żeby konkurować ze skrzyniami dwusprzęgłowymi. Osiem sekund do setki to niezły wynik, ale czuć, że podwozie i cały samochód mają ochotę na więcej. Brakuje wersji 350, która jest u nas niedostępna, ale to dodatkowo zaostrza apetyt na wersje z literką F.

Karą dla Lexusa i innych producentów powinno skończyć się sztuczne brzmienie dźwięku. Sam silnik warczy całkiem dobrze, ale dodawanie mu rasowości poprzez głośniki przywodzi bardziej grę niż rzeczywistość. Ktoś kto  na to wpadł powinien słuchać do końca życia Stachursky’ego w ramach pokuty. Rozumiem wytłumienie wnętrza, ale jedna mata mniej i wyrzucenie systemu sztucznych dźwięków obniży cenę, masę i zapewni zadowolenie klientów.

Lexus zapewnia, że nowy IS jest najlepszy w klasie. Nie do końca, ale w niczym nie odstaje. Jeśli jesteś znudzony niemieckimi samochodami to ten Japończyk jest idealnym wyborem. Szkoda, że nie tańszym również, ale to niezła cena jak za tak dobrze zaprojektowany samochód. To pierwszy Lexus, zaraz po LF-A, którego się chce tylko dlatego, że pod wieloma względami jest świetny. Wystarczy kilka małych zmian i będzie znakomity.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *