Kijanka nad wodą.

Sezon urlopowy w pełni. Kolejny raz większość z nas wybierze się w sobie dobrze znane miejsca. Będziemy się kisić w pokojach bez telewizji bo jak zwykle będzie padać. Jeśli już się trafi ładniejszy dzień to wszyscy wygłodzeni słońca wylegną na plażę, a co za tym idzie poznacie organoleptycznie sąsiadów z pokoju obok. Co rusz będziecie obrywali dmuchaną piłką lub wkładali stopery do uszu, gdyż hałas będzie niemożliwy do zniesienia. Później razem zresztą gawiedzi popędzicie na posiłek, oczywiście all inclusive, jednak wcześniej będziecie musieli spędzić dobrą godzinę wyciągając ziarenka piasku licznych miejsc.

Ale zanim to wszystko nastąpi, nim będziecie mieli przyjemność spędzić kilku dni nad morzem trzeba będzie tam dotrzeć. Oczywiście permanentne korki na półwysep zabiorą wam dwie doby z waszego krótkiego urlopu. Po kolejnych dwudziestu godzinach oczekiwania zapłacicie majątek na bramkach za możliwość jazdy jednym pasem jakieś siedemdziesiąt kilometrów na godzinę. A to wszystko w przerwach między toaletą, jedzeniem, tankowaniem i używaniem papierowych torebek przez wasze pociechy. To jednak pikuś przy tym, co was czeka wcześniej. I wcale nie chodzi tu o spór z waszą lepszą połową o to, czy w góry czy jednak nad morze. W końcu i tak wyjdzie na jej. Znalezienie odpowiedniego ośrodka z niewygórowaną ceną i dmuchanym basenem oraz pełnowartościowymi posiłkami to również małe miki. Najgorsze jest pakowanie.

Jeśli jesteś kawalerem lub w początkowym stadium związku możesz spokojnie odłożyć dalsze czytanie. Lub nie. Przeczytaj, co czeka cię w przyszłości.

Człowiek zdaje sobie sprawę, co trzyma w domu tak naprawdę dopiero przy przeprowadzce. Potrzeba chomikowania rzeczy jest tak głęboko zakorzeniona, że zbieramy już wszystko. Gdyby nie to, że codziennie rano możemy zrobić sobie nową kulkę to kolekcjonowalibyśmy stare.

Jeśli jednak nie zmieniacie miejsca zamieszkania nie poczujecie tego bólu. Przedsmak nastąpi podczas pakowania na wakacje. Człowiek jedzie na siedem lub dziesięć dni. W najgorszym przypadku na dwa tygodnie, a pakuje się tak, jakby już nigdy miał nie wrócić. Zabierasz morze, jeśli jedziesz na północ, lub górę, o ile na południe, różnych przedmiotów. Wszystko okazuje się potrzebne.

Kilka par spodni bo będzie ciepło albo najpewniej zimno. Ale na jeden dzień lepiej wziąć szorty. I kilka t-shirtów. No i jakieś polo. Plus dużo bluz. Cienką, średnią, grubą i polar. Do tego jakiś bajerancki sweter żeby zrobić wrażenie na obsługującej kelnerce. Kilogram bielizny i ze dwie pary butów. Do tego coś jakby padało, a na pewno będzie. Tym sposobem masz pół bagażnika zajęte. A my faceci naprawdę nie potrzebujemy dużo. Ilość rzeczy jakie zabiera wasza żona powoduje, że rozważacie zamówienie bagażówki. Bo boks na dachu na pewno tego nie pomieści. A jeśli macie dzieci to koniec. Jakieś wózki, dmuchane badziewia, soczki, ciuszki i ulubione zabawki. Do tego ilość jedzenia, której nie powstydziłby się pułk wojska. Po kilku godzinach siłowania i upychania masz już naprawdę dość. Olać wakacje, lepiej zostać w domu. Jednak pakowanie to nic z piekłem jakie zgotowałaby żona, więc bierzesz to na niezrobioną ponownie klatę. Myślisz jak to dobrze, że zamiast samochodu miejskiego kupiłeś mikrovana. A przecież idealnym, przynajmniej mentalnie, na tego typu wyprawy byłby mały roadster. Masz jednak do dyspozycji jedynie Koreańczyka. Chłodno. Kia. Zimno. Venga. Temperatura wody w Bałtyku.

Niby wielkościowy konkurent Forda Fiesty, a miejsca w niej tyle co w większym Cee’d’ie. Venga to jeden z nielicznych przedstawicieli segmentu, który może się podobać. Wygląda nowocześnie i na szczęście nie ma sztucznie rozdmuchanej powierzchni szyb. Można zamówić kilka designerskich dodatków i poczuć się lepiej. Weźcie przynajmniej panoramiczny dach, który rozświetla dość ponure wnętrze.

Z wyjątkiem kawałkiem plastiku na kierownicy i obwódkami zegarów jest tu ciemno jak kubku z czymś co według tutejszej kelnerki przypomina kawę. Dodatkowo materiały użyte do wykończenia nie są zbyt dobre. Za to dość dobrze zmontowane, a wszelkie przyrządy są logicznie i ergonomicznie rozplanowane. Poza tym będziecie się cieszyć z solidnej ilości miejsca wewnątrz. Miejsca na kapelusz jest dużo, podobnie jak na kolana. Tylną kanapę można przesuwać i pochylać, zwiększając bądź zmniejszając bagażnik. A standardowo mamy tu 442 litry. Sięgając do drugiej piwnicy otrzymujemy dodatkowe 110, a to całkiem sporo jak na ledwo czterometrowy samochód. Zaskakuje, in minus, liczba schowków. W tego typu pojazdach powinno być ich tyle co ziarenek piasku w bucie, ale tym razem na plażę wzięliście kalosze.

Jak można się spodziewać Venga nie jest rakietą. Na pusto nie jest najgorzej. Skromne 1.4 generuje 90 koni mechanicznych i 137 Nm. Jednak masa, 1,2 tony, powoduje, że na osiągnięcie setki potrzeba ponad dwunastu sekund. Wystarczy na objeżdżanie rowów, trzęsawisk i ustek. Ponadto w mieście i korku sprawdzi się bardzo dobrze, a dzięki dobrze wyciszonemu wnętrzu nie jest zbyt natarczywy w brzmieniu. Jeśli jednak zapakujecie kilka osób i sporo bagażu osiągi będą odpowiednio gorsze, co już nie wróży dobrze przy wyprzedzaniu i dystrybutorze.

O ile wyruszcie z południa na północ bądź odwrotnie powinno być dobrze, jeśli chodzi o układ jezdny i zawieszenie. Gorzej jeśli zmienicie kierunek. Wówczas w centralnym położeniu kierownica ma spore luzy, a dość miękko zestrojone zawieszenie lubi się wychylać. Nie groźnie, ale nie wpływa do dobrze na właściwości jezdne, a tym bardziej jakąkolwiek przyjemność z prowadzenia. Wtedy dodatkowo nieco przeszkadza zbyt wysoka pozycja za kierownicą, jednak widoczność na tym sporo zyskuje.

Podstawowa Venga kosztuje mniej niż 47 tysięcy złotych. To o odpowiednio trzy niż identyczny Hyundai ix20 i siedem mniej niż Ford B-Max. Jednak kilka ptaszków na formularzu i nie ma problemów z dobiciem do sześćdziesięciu paru. Za otrzymujemy całkiem zgrabny, solidny i praktyczny samochód, który jest mały na zewnątrz i duży w środku. A wszystko to razem z siedmioletnią gwarancją. Przyda się w korku w Redzie.

A czy Kia Venga ma coś, co w jesienny wieczór przypomni, bo ktoś jak zwykle nie wziął aparatu, o z pewnością udanych wakacjach? Po głębszym zastanowieniu tak. Jeśli masz więcej niż dwadzieścia lat z pewnością przypomnisz sobie o pewnym zespole, z którym dzieli nazwę, a który święcił niegdyś triumfy. Tylko zamiast oryginalnej Ibizy z Vengaboys wybierzesz to naszą, polską.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *