Jestem oazą spokoju.

Rok 2015 jeszcze się na dobre nie rozkręcił, a już zaczyna mi drgać prawa powieka. Zazwyczaj staram się sam nikomu nie wadzić i może to naiwne, ale chciałbym żeby inni robili to samo. Dzieje się jednak inaczej.

Najwyraźniej rolnikom znudziło się siedzenie w domach i patrzenie na brzydkie żony. Postanowili wyjechać na drogi i zakorkować naszą piękną stolicę. Mało, że mamy jeden most mniej. Niech inteligenci, wykształciuchy i inni homoseksualiści kisną w swoich suvach, grunt że zostali załatwieni i nie dotrą na swoje ciepłe posadki, gdzie przez cały dzień grają w gry związane nomen omen z farmą na portalach społecznościowych.

Szczerze mówiąc mało mnie obchodzą dziki. Może faktycznie jeden czy dwa wpadł na pole i zjadł nieco kapusty. Ale to się nazywa ryzyko zawodowe. W końcu prostytutkom nikt prezerwatyw nie funduje, a też uprawiają wiele rzeczy.

Do nich oczywiście dołączyli się górnicy, którzy kilka tygodni temu wywalczyli, że będą dostawać pensję dwa razy w miesiącu, tyle ton węgla ile uniosą, willę z basenem oraz emeryturę wyższą niż prezydent. W tym kraju lepiej jest wydobywać czarne złoto niż zostać głową państwa.

Druga rzecz, która już mnie zdążyła wkurzyć to przechodnie. A żeby uściślić to jeden z nich, niejaki pan Stefan Tompson, który zapragnął przechodzić przez ulicę na czerwonym świetle. Co prawda nie w każdej sytuacji, ale tylko gdy niczego nie ma akurat na horyzoncie, ale jak wiadomo Polak jest cwany i od razu wymyśli sposób do nadużywania. Argument? Bo kierowcy mają zieloną strzałkę. Naprawdę, dzierżymy ten przywilej niczym król berło. Owszem, bywa to przydatne, ale jest jednocześnie obwarowane taką ilością warunków, że często lepiej jest poczekać na zwykłe zielone. Petycję już podobno podpisało ponad dwa tysiące osób. Cóż, jeśli chcecie zostać przerobieni na kotlety to udajcie się do lokalnej masarni, a nie angażujcie w to bogu ducha winnych kierowców.

Kolejną grupą ludzi, którą trafnie opisał wielki poeta lat 90-tych XX wieku, czyli Liroy w piosence pod nic nie mówiącym tytułem „Jak tu się nie *****” są biorący kredyt we frankach. Niemal w każdej sytuacji można szukać jakiegoś usprawiedliwienia, ale nie w tej. Skoro byłeś na tyle dorosły żeby wziąć kredyt to równie dobrze można przyjąć, że byłeś świadomy, że kurs waluty jednego dnia może być niski niczym poziom polskiej debaty politycznej, a kolejnego wysoki jak emerytura górnika. Rozumiem, że to nieprzyjemne uczucie, kiedy to wasz doradca finansowy, a ściślej mówiąc sprzedawco-wciskacz kredytów zrobił was w coś, co wypada kurze spod ogona, ale jakoś nie mam ochoty dopłacać do waszych mieszkań. Zdecydowanie wolałbym kupić sweter z golfem dla niedźwiedzia polarnego.

Trzeba było wziąć mniejszą sumę. Nie trzeba od razu kupować 1000-metrowego apartamentu z salonem o wymiarach kilometr na milę na osiedlu z portierem za cenę Księstwa Monako. Ja także chciałbym wziąć kredyt i go nie spłacać. Z chęcią przytuliłbym ze 100 albo 200 tysięcy. Lub 500 tak, żeby wystarczyło mi na terapię. Cyniczny czytelnicy zauważą, że zielona herbata jest nieco tańsza, podobnie jak cukierki z melisą. Ja jednak wybieram kozetkę sygnowaną logiem Lexusa, a najlepszą ma niewątpliwie model LS.

Podobno, gdy na co dzień wybierasz sportowe ciuchy najlepszym samochodem dla ciebie jest BMW 7. W przerwach między poranną kawą a jajecznicą bombardujesz sąsiednie państwo zatem twoim ideałem jest Mercedes Klasy S. Audi A8 to wybór idealny dla kogoś kto nie potrafi rozróżniać wielkości. Masz wszystko gdzieś i nosisz tweedową marynarkę a kaszkiet nie jest ci obcy? Jaguar z chęcią przyjmie pokaźny czek w zamian wręczając ci kluczyki do modelu XJ. Dla kogo zatem jest LS? W końcu jest najstarszy. Konkurenci trafili do salonów odpowiednio w latach 2008, 2013, 2010 i 2009. Wówczas największy Lexus miał już kilka lat na karoserii.

Wygląd? Odrzućmy nieco stereotypy. Klienci samochodów z tego segmentu oczekują zachowawczej stylizacji. Wszyscy to oferują, jednak LS jest w tej dziedzinie bezsprzecznym liderem. Można go uznać za nudnego i nieco starego, ale w wersji po liftingu z ogromną paszczą niczym predator wygląda naprawdę dobrze. Jest niczym szkocka. Taka jak ma być, a jeśli nieco poleżakuje staje się jeszcze lepsza. Mercedes, Audi, BMW i Jaguar na pewno mają swoich wyznawców w dziedzinie stylistyki. Jednak robią wokół siebie zbyt dużo szumu, potrafią być ostentacyjne i odrobinę wulgarne, gdy eksponują swoje ledowe światła i sportowe pakiety. W222 może mieć z tyłu nawet dyfuzor, co umówmy się nie pasuje do kanapy w stylu angielskim. Nie mam zamiaru kruszyć kopii, ale LS wygląda na tyle dystyngowanie i dynamicznie na ile powinna limuzyna klasy wyższej.

Przy okazji liftingu Lexus tchnął odrobinę nowoczesności do kabiny. Nie ma już analogowego zegarka z lat 80-tych ubiegłego wieku. To ważne, zwłaszcza obecnie, gdy tarczowy czasomierz posiada nawet Passat B8. Poza tym znajdziemy tutaj 8-calowy wyświetlacz, który steruje wszystkimi gadżetami jakie sobie tylko wyobrazicie. Może nie ma ich tyle co w najnowszych konstrukcjach, ale z pewnością wstydu nie ma. O wiekowości świadczą jednak przyciski. Pracują gładko z przyjemnym oporem jednak jest ich sporo oraz są relatywnie duże, coś jakby w prawdziwych terenówkach, gdzie operujecie dłonią w rękawiczce. Mi to osobiście nie przeszkadza, doznania są świetne, ale są nowocześni fani wszelkiego rodzaju prostoty i oni będą kręcić nosem.

Poza tym wnętrze jest przepastne. Nic w tym dziwnego bowiem rozstaw osi ma blisko trzy metry długości. Fotele są obszerne, wygodne, zapewniają rozsądną ilość podparcia bocznego oraz może je regulować na 1000 i jeden sposobów. O takich prozaicznych rzeczach jak masaż czy możliwość podgrzewania w tej klasie nie warto wspominać. Można jednak zarzucić jakość materiałów. W zdecydowanej większości dominuje skóra oraz przyjemne i miękkie tworzywo. Czasem jednak trafi się słabszy plastik a także miejsca, gdzie oszczędzono na ilości pianki. Nie jest źle, ale jeśli spojrzy się na cenę to zaczynamy się zastanawiać czemu trafiły tutaj materiały bardziej odpowiednie dla Toyoty lub w najlepszym przypadku do modelu CT.

To co pozytywnie nastraja to wyciszenie. Zamknięcie drzwi izoluje, zaprasza do kabiny elitarnego i ekskluzywnego klubu z własnym mikroklimatem, gdzie zapadacie się w wygodnym fotelu, zzuwacie kapcie oraz dzierżycie fajkę w jednej, a szklaneczkę wybornej szkockiej w drugiej ręce. Wrażenia są absolutnie unikalne, świat jakby przestaje istnieć, znika gdzieś zgiełk, nerwowość i cały stres. Ich miejsce zastępuje rozkoszny relaks i ukojenie. Gdy zechcecie usłyszycie delikatny pomruk V8-mki,która pojawi się niczym najwierniejszy kamerdyner delikatnie chrząkając. W innym przypadku możecie rozkoszować się rewelacyjnym zestawem audio Mark Levinson z 19 głośnikami. Wszystkie gatunki muzyki brzmią tutaj krystalicznie czysto, jednak do tego klimatu najlepiej pasuje delikatny jazz lub muzyka klasyczna. Zapomnijcie o wszelkich spa i innych sztucznych wynalazkach, we wnętrzu Lexusa LS znajdziecie wszystko, czego potrzebujecie do doskonałego zrelaksowania się.

Nawet w tym segmencie pojazdów zaczyna rządzić ekologia. Dzięki wiekowi LS-a mamy jedną z ostatnich możliwości rozkoszowania się wolnossącą V8-mką. Silnik o pojemności 4,6-litra oddaje do dyspozycji kierowcy 387 koni mechanicznych mocy oraz blisko 500 Nm momentu obrotowego. Osiągi są więcej niż wystarczające, 5,7 sekundy do setki oraz prędkość maksymalna wynosząca 250 km/h. Naturalnie prawie 2 tony masy własnej nie sprzyjają jeździe o kropelce. Średnie zużycie przy nieśpiesznej acz dynamicznej jeździe oscyluje w okolicach 17 litrów, jednak na tym poziomie cenowym jest mało istotne.

Z podobnej epoki co motor pochodzi automatyczna skrzynia biegów. Nie jest dwusprzęgłowa ani nie bije rekordów w czasach zmian przełożeń, jednak można jej zarzucić tak naprawdę niewiele. Jest minimalnie ślamazarna, gdy oczekujemy nagłej redukcji o kilka przełożeń, a jest ich w sumie aż osiem. Poza tym jest płynna i dyskretna, więc jeśli nie oczekujecie ognistych redukcji z międzygazem przed ciasnymi zakrętami będziecie z niej w pełni zadowoleni.

W przeciwieństwie do układu kierowniczego. Ja wiem, że to nie samochód sportowy i że świetnie pasuje do tego segmentu, ale jednak gdyby oferował nieco mniej siły wspomagającej a więcej bezpośredniości i informacji zwrotnych z przednich kół to myślę, że wszyscy by zyskali i byliby zadowoleni. Teraz nie daje nadmiernej pewności w prowadzeniu, przynajmniej na początku dopóki się do niego nie przyzwyczaimy.

Mamy modele AMG i wersje S, ale czy w przypadku pięciometrowych limuzyn można mówić o sporcie? Prawa fizyki są nieubłagane i nawet najnowocześniejsza technologia ich nie nagnie. Zdaje się, że Lexus to zrozumiał, lub zwyczajnie nie chciał inwestować pieniędzy w konstruowanie modelu LS F, i postawił na komfort. Być może nie jest tak wygodny jak Mercedes, ale niewiele mu w tej dziedzinie brakuje. Zawieszenie jest dość miękkie i nieprzesadnie sprężyste, co niestety skutkuje delikatnymi przechyłami na zakrętach, nurkowaniem przy hamowaniu oraz unoszeniem nosa w czasie przyspieszania. Można z tym żyć, zwłaszcza, że na co dzień suniemy niczym obłoczek, ale szkoda, że nie zapewnia lepszego podparcia dla nadwozia. W dynamiczniej traktowanych zakrętach czuć przesuwanie się sporej masy, ale widać taka jest cena komfortu, gdy mamy do czynienia z ogromną limuzyną.

Cena jaką przyjdzie wam zapłacić za Lexusa Klasy S z pewnością nie jest mała. Podstawowa wersja kosztuje 450 tysięcy złotych, a to tylko początek zabawy z wybieraniem własnej, wymarzonej wersji. Za konkurentów trzeba zapłacić podobne sumy, jednak w przypadku Mercedesa, Audi i BMW ich silniki mają po 100 koni mechanicznych więcej przez co są o blisko sekundę szybsze w przyspieszaniu do pierwszej setki. Czy to ważne? W przypadku samochodów sportowych, bezapelacyjnie. Jednak w tej klasie niekoniecznie. Tutaj liczy się prestiż i ekskluzywność. Co prawda Lexus nie ma stuletniej tradycji czy dziedzictwa oraz wywodzi się z plebejskiej marki, jednak przy bliższym poznaniu zyskuje i zbytnio nie odstaje od konkurentów. Jest dopracowany i przemyślany. Za to w dziedzinie elitarności nie ma sobie równych. W końcu w ciągu 26 lat obecności na rynku Lexus sprzedał tyle LS-ów co Mercedes jednej generacji Klasy S.

Na koniec niezmienna kwestia, czy warto wybrać go zamiast niemieckich konkurentów. Gdy w grę wchodzi pół miliona klienci z reguły mają już swoje ucieleśnienia marzeń. Jednak LS jest nieco inny, nie narzuca się. Nie krzyczy niczym Klasa S jaki jest nowoczesny. Ani jak BMW jaki jest sportowy czy jak XJ jak bardzo zmienił się względem poprzednika. Lexus nie chce wam dogodzić swoim jestestwem, jest dla was, a nie wy dla niego. Jest jak dobrze nastrojone pianino, a nie bezbarwny jak pop.

Gdy jednak zdecydujecie się zajrzeć do salonu Lexusa od razu porzućcie pewne stereotypy. Nie dajcie się nabrać w marketingowe gadki, że do LS-a swoje kilka groszy dołożyli inżynierowie odpowiedzialni za LFA. Zapomnijcie również o wersji hybrydowej za horrendalną cenę. Pali mniej, ale ma znaczniej mniejszy bagażnik, waży ponad 200 kilogramów więcej i jest o pół sekundy wolniejsza w przyspieszeniu. Olejcie również pakiet F Sport, który nie zrobi z niego taksówki na Nurburgringu. Pomińcie również wersję z napędem na cztery koła, na narty w Alpy i tak latacie samolotem. Wówczas otrzymanie luksusowy liniowiec, który sprawdzi się w dalekich podróżach, a dzięki relatywnie niewielkiemu promieniowi skrętu w mieście będzie nie gorszy niż Twingo. W końcu w zabieganym świecie zapewni niezbędny relaks. Krótka przejażdżka będzie jak papieros po seksie, ale bez zmęczenia, potu i innych płynów, lub wieczorny szum w głowie bez porannego dramatu. Poza tym nie zostaniecie posądzeni o bycie jednym z wielu i ciężko będzie wymyślić jakąś wymówkę dlaczego właśnie ten samochód kupiliście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *