Czyniący Cuda, czyli pierwszy ładny VW, który nie wkurzy twojego sąsiada.

Podobno jesteśmy zwierzętami stadnymi. Co w gruncie rzeczy się zgadza, bowiem ciągle ktoś nas otacza. A to żona, dzieci, zidiociały szef, ludzie w supermarkecie polujący na wyprzedaże, wiecznie denerwujący rowerzyści, czy też niepotrafiący jeździć półmózgi, których nadrzędnym zadaniem jest najpierw unicestwienie siebie i innych, a dopiero później dotarcie do celu. Czasy youtube’a jednak robią swoje.

Mimo to jest miejsce, które ma koić nerwy i duszę. To nasz zamek i twierdza, po prostu dom. Miejsce spotkań, ale przede wszystkim relaksu i spokoju. Jednak nie w sobotę o szóstej rano, kiedy to coś z kim nam przyszło żyć przez ścianę robi akurat remont łazienki i to wiertarką z wiertłem zdolnym do dotarcia do wód głębinowych po przeciwnej stronie półkuli. A to znowu w zimie ma więcej lampek, w lecie ładniejsze Pseudotsugi, a jego podjazd zdobi najnowszy model konkurencji, który z należytą pieczołowitością pucuje do dnia. Takim gatunkiem jest sąsiad.

Do tej pory, żeby zadać kłam swojej motoryzacyjnej ignorancji oraz aby dodatkowo rodem z Borata pognębić sąsiada udawałeś się do salonu najzacniejszej ze wszystkich dostępnych marek w Polsce (chowajcie się Bentleye i Ferrari) z dumnie lśniącym szyldem VW. Wybór był prosty, w 110 przypadkach na 100 padał na Passata. Co tam Touareg i brat Audi A8 pod postacią Phaetona. W końcu liczy się prestiż, a tego Passatowi nigdy nie brakowało. Obowiązkiem był oczywiście silnik TDI i to mimo rocznego przebiegu na poziomie pięciu tysięcy kilometrów. Jeśli potrzebowałeś podkreślenia statusu brałeś limuzynę, zaś gdy byłeś majętną  głową rodziny wybór ograniczał się do praktycznego kombi. I nikt na dzielnicy nie mógł z tobą konkurować. Nawet ten szczyl w nowym M3 mógłby co najwyżej perfumować się twoim potem z ogromną ilością testosteronu, a za jazdę po twoich śladach w zasadzie powinien jeszcze dopłacać.

Jednak w tym roku zaszły pewne zmiany. Zakała rodziny, niepraktyczne czterodrzwiowe coupe pod postacią Passata CC zerwało ze statecznymi konotacjami i odrzuciło nazwisko ojca. Od dziś to po prostu Volkswagen CC. Na szczęście zabrakło trzeciego „C” bowiem przy pewnej fantazji przy konfiguracji łatwo przekroczyć dwieście tysięcy i nie mam tu na myśli wersji V6. Gdyby to był Passat to i owszem, ale tak już nie wypada.

Jako, że należy zaczynać od rzeczy pierwszych przypatrzmy się designowi. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem tudzież napiszę, ale jest to pierwszy VW, który wygląda dobrze. Jest po prostu ładny. Może nie w stylu Alfy Romeo, ale biorąc postęp i aparycję Passata należy projektantów z Wolfsburga posądzać o stosowanie nie całkiem legalnych wspomagaczy. A co bardziej zaskakuje to zwykły lifting, a nie nowy model jak nam wszędzie wpierają.

Co zaskakuje jeśli chodzi o silniki widać różnicę. Oczywiście są silniki TDI, jest 1.4 TSI oraz wielki nieobecny w Passacie pod postacią 2.0 TSI, a teraz ma tylko o dziesięć koni mniej niż Golf GTI. Dodatkowo sprzęgnięty ze skrzynią DSG daje naprawdę niezłe osiągi. Co prawda do końca nie wiadomo jakie, bowiem katalog producenta milczy na ten temat. Za to można dowiedzieć się o emisji CO² i o nowej kolekcji ubrań pasującej do samochodu.

We wnętrzu oczywiście nie zabrakło dobrej jakości skóry oraz wykończenie na wysokim poziomie. Może jeszcze nie jest to poziom Audi, w końcu po co robić sobie konkurencję, ale esteci będą z pewnością kontent.

Naturalnie nie zabrakło wielu gadżetów pod postacią nawigacji, systemu audio, czy wielu, wielu innych. Zrobił się taki przedsionek do klasy premium.

O jeździe po prostej już było, czas na uwielbiane przez tygryski zakręty. Jak przystało na chciał nie chciał Passata pod spodem prowadzi się stabilnie i bezpiecznie. Do wysoko postawionego momentu nie ma niepokojących tendencji. Zasługa w tym głównie sztywniejszym nastawom zawieszenie. Prowadzi się zdecydowanie pewniej i może dawać pewną przyjemność z prowadzenie, nie taką jak BMW 3, ale w końcu to Volkswagen. Przydałby się za to napęd na cztery koła, z niezrozumiałych przyczyn niedostępny w tej konfiguracji.

Naturalną rzeczy w czasie pisania jest ponowne czytanie i sprawdzanie. Ze smutkiem muszę przyznać, że tym razem zabrakło utyskiwań Polaka z „krwawymi gałami”, zwłaszcza na obiekt ciągłych do tej pory ataków. Być może to przez zazdrość albo nagłą miłość do produktów made by VW.

Jednak oba wytłumaczenia nie sprawią, że chciałbym stać się jego właścicielem. Pierwsze to nazwa, brak członu Passat w nazwie niweczy cały sens, a sam samochód staje się niemal bezwartościowy. Poza tym istnieją tańsze sposoby by dopiec sąsiadowi, choćby te łączone z papierową torbą i zapalniczką.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *