Co nas nie kręci a co nas nie podnieca.

Kiedy ma się całkiem niezły dzień przeważnie czegoś brakuje. Do głosu dochodzi uczucie, że przecież mogłoby być lepiej. A cóż może być lepszego dla fana motoryzacji niż objechanie jakiegoś nowego cudeńka prosto z salonu. I w ten sposób szybciej niż raport doręczenia sms-a wysłanego do kolegi alkoholika, celem omówienia się na degustację stałem z kluczykami już przed nim. Miało być cudownie, a wyszło tak jak z piłkarzami, czyli jak zwykle.

Zacznijmy od tego, że nie był to kluczyk tylko złośliwe plastikowe ustrojstwo, które znakomicie mogłoby posłużyć jako podstawka do kubka z kawą, a nie do otwierania samochodu. I te ciągłe obawy czy falami radiowymi wysłał instrukcję nakazującą zamknięcie drzwi.

Ale jak wiadomo dzień często zaczyna się od tyłka strony, a potem schodzi jeszcze głębiej. Ledwo udało mi się odpalić a już po chwili zepsułem. Ale jednak nie. To tylko kolejne „udogodnienie”. Przy każdym zatrzymaniu bowiem wyłącza się silnik celem zaoszczędzenia paliwa. Znacznie gorzej wychodzi na tym rozrusznik. I moja pewność, że wraz z zapaleniem zielonego ruszę. I już oczyma wyobraźni widzę jak coś się pomieszało a tak z tyłu trąbią. I zaoszczędzone pieniądze idą się wozić bo muszę regularnie odwiedzać aptekę i kupować coś na uspokojenie.

Pod koniec już miało być miło, to znaczy się one, pełnoletnie licealistki. Jestem uratowany. Teraz wystarczy tylko efektownie wejść w zakręt, pociągnąć za dźwignię i ogniem wyjść na prostą. A potem już z górki. Tylko jak mówi Michał Wójcik w skeczu o Macieju i królu „ale nie”. Bo nie ma za co pociągnąć. To coś ma elektroniczny ręczny. Więc (to samo, od którego zdania się nie zaczyna) ani pogazować, ani podriftować, ani posiedzieć, gdy na zewnątrz pada.

Następnym razem po prostu się nawalę. Przynajmniej bieżący dzień będzie przyjemny. A stop&go będzie następnego dnia w żołądku.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *