Dla wszystkich naprawdę byłoby lepiej, gdyby cztery razy cztery równało się pięć.

Z racji wieku, przestałem myśleć o zakupie supersamochodu. Gdy ma się odpowiednią ilość lat wysiadanie z Aventadora nie wygląda specjalnie godnie a na dodatek wbrew oczekiwaniom właściciela kobiety nie myślą o nim jak o playboyu. Paradoksalnie zaskarbi sobie atencję młodych chłopców, chcących posłuchać dźwięku jaki wydaje wolnossąca V12.

Ale nie to jest głównym powodem. Są nim pieniądze. Tak, McLareny, Porsche czy Ferrari są okrutnie drogie, jednak jeszcze bardziej bezwzględne są koszty utrzymania. O ile ceny paliwa czy płynów eksploatacyjnych są do zaakceptowania, o tyle roboczogodzina bądź też niemal wyczynowe części i harmonogram ich wymiany potrafią znacznie i niespodziewanie wydrenować kieszeń.

Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Być może wasze Bugatti przyspiesza do setki natychmiast, jednak nigdzie tego nie wykorzystacie. Wszystkie są wyposażone w system kontroli startu, ale ile razy go tak naprawdę użyjecie? Ile razy rozwiniecie prędkość choćby zbliżoną do maksymalnej lub też faktycznie wybierzecie się na tor, jak widzicie się na nim teraz? Supersamochody są bezużytecznie. Być może w tym tkwi piękno w ich posiadaniu, ale dysponowanie nimi na własność to wręcz zbędna fanaberia.

Naturalnie zamiast Koenigsegga nie trzeba od razu wybierać Skody. W końcu mało kto potrafi wciskać ubezpieczenia albo zna się na grzybach. Dlatego też ostrzyłem sobie zęby na jakiegoś gorącego hatchbacka, a z wielu względów najlepszym przedstawicielem gatunku była Honda Civic Type R FC. Nie dość, że prowadziła się ostro niczym ważka, była wystarczająco wygodna i pomimo turbodoładowanej jednostki nadal miała jeden z najlepszych wynalazków inżynierskich – VTEC – to jej wygląd wprost z Wangan robił z niej niemal Lamborghini wśród konkurentów. Bardzo ją lubiłem. Nadal lubię, aczkolwiek już nie jestem przekonany, czy ją aby na pewno chcę. Jako projekt czy zabawkę owszem nadal pożądam, ale niekoniecznie jako główny samochód.

Ma wyśmienita skrzynię biegów, będąca obok Porsche najlepszą konstrukcją na rynku, sprzęgło stawia przyjemny opór, jednak w korkach zaczynacie się zastanawiać, czy automat nie byłby zwyczajnie bardziej na miejscu.

Kolejna to silnik. Tak, generuje ponad trzysta koni mechanicznych, solidną porcję niutonometrów i na dodatek ma cztery cylindry i dwa litry pojemności, ale brzmi tak sobie. To przypadłość wszystkich turbodoładowanych jednostek, aczkolwiek Lancer Evolution potrafił wykrzesać z siebie charakterystyczna chrypę. Ścieżka dźwiękowa Civica przypomina Mandarynę, w dodatku bez playbacku, kiedy wy liczyliście na operę.

A na sam koniec jeszcze jedna kwestia. Uwielbiam limuzyny, ale nie widzę sensu w wożeniu ze sobą kilogramów zbędnej blachy. Dlaczego więc u licha zaprzestano produkcji kompaktów z nadwoziem trzydrzwiowym? Odpowiedzią oczywiście są księgowi.

I wówczas pojawia się Audi A3 8Y w odmianie RS3. Model niespodziewanie spełniający niemal wszystkie pokładane w nim nadzieje. Ma superszybką skrzynię S-tronic, wygląda co najmniej nieźle, podobno potrafi driftować a pod maską skrywa soczyście grzmiący pięciocylindrowy silnik. Poza ceną odpowiednio skonfigurowanego egzemplarza przekraczającą trzysta tysięcy jawił się jako remedium na niemal wszystkie potrzeby. W porównaniu z R8 jest całkiem tani, szczególnie że dwuipółlitrowe TFSI brzmi niemal jak V10. Niestety jestem zbyt przyzwyczajony do wszystkich swoich organów i psa, więc nawet przyzwoicie wycenione RS3 jest nazbyt drogie. Co inne TT RS, pod którego maską bije w zasadzie to samo serce. I prawdę mówiąc jest to jeden z najlepszych silników na świecie. Poza początkową turbodziurą jest aż nadto efektywny zarówno pod względem elastyczności jak i osiągów, które niemal dorównują McLarenowi F1 w sprincie do pierwszej setki. W trybie automatycznym idealnie sprawdza się jako połykacz autostradowych kilometrów, gdzie i tu błyszczy, tyle że pod względem całkiem niskiego spalania. Jednakowoż dźwięk sączący się z dwóch charakterystycznie ukształtowanych końcówek układu wydechowego przy każdym szerszym otwarciu przepustnicy i klapek wydechu na tyle upaja i uzależnia, że przez cały czas ma się niemożebną ochotę gonić wskazówkę wirtualnych zegarów od początku aż po czerwony kraniec obrotomierza. Głębia i bogactwo brzmienia przypomina początkowo gitarowy riff wzbogacony dudnią