Zdaje się, że w Mlada Boleslav ktoś wypił za dużo Pilsnera.

Zazwyczaj nie mam nic przeciwko cennikom samochodowym. Każdy stara się cenić i wyrwać jak najwięcej z gardła klienta. W końcu zaprojektowanie, marketing i sute premie same się nie zapłacą. Na ogół mamy budżetowe modele pokroju Dacii. Później są można by rzec normalne cenniki u Fiata czy Renault. Trochę droższy jest Volkswagen, ale wiadomo, to marka prawie premium. Następnie Mercedesy i inne podobne wozy, które oferują coś więcej w paru dziedzinach. Na dalszych miejscach są zwiększające męskość Ferrari i Lamborghini. Zdawać by się mogło, że na końcu tej wyliczanki będą szalone twory inżynierów, jak choćby Bugatti, stylistów, jak Eagle czy maniaków prędkości, czyli Hennessey. Otóż nie. Przed nimi jest długo długo nic, a na samiuśkim szczycie z laurem księgowych maniaków znajduje się Skoda, a konkretnie model Yeti.

Ja wiem, że marka z Czech dawno przestała być budżetowym VW, ale tym razem przegięli. Może i Octavia albo Superb są czasem bardziej praktyczne i ten ostatni może być wyposażony w V6 z napędem na cztery koła za co zapłacimy dwieście tysięcy. Jest to nawet w pewnym sensie uzasadnione.

Człowiek śniegu już na samym początku jest droższy o dobre kilka tysięcy niż Berlingo czy Partner. Można to zrozumieć, w końcu to auta francuskie a tu mamy prawie Niemca. Jeśli jednak poszalejecie to skromne 1.4 w wersji Laurin & Klement będzie kosztowało ponad stówkę. Za dwulitrowego diesla z DSG i napędem na cztery koła trzeba wydać dwa razy tyle co za najtańszą wersje. Kompletnie wyposażony samochód kosztuje, uwaga, 164 tysiące złotych, prawie trzy razy tyle co podstawowy model. Co dostajemy za tę horrendalną tabliczkę mnożenia?

Wyróżnikiem wersji o nazwiskach założycieli marki są skórzane fotele. I listwy progowe z nazwą wersji. Kolorystycznie i stylistycznie pasuje to jak Chianti do knedlików. Reszta wnętrza to standardowe Yeti z nie najgorszymi materiałami, ale jak na topową wersję jest tu przytłaczająco i trochę ubogo. Nic nie odpada a materiały bywają miękkie, ale są ciemne i naprawdę można by spodziewać się więcej. Chociażby wyboru kolorystycznego.

Plusem jest za to ilość miejsca i praktyczność. Wszelkie wypady z punkami czy przewóz meblościanki nie stanowią problemu. Wszystko da się zapakować i wszystko się zmieści. Nawet nie trzeba pieścić. I będzie całkiem wygodnie.

Jeśli chodzi o wygląd samochodu to nie jest najlepiej. Co prawda Praktik jest zbudowany na bazie Roomstera, ale Yeti jednoznacznie się z nimi kojarzy. Są pewne różnice jednak świadomość obcowania z czymś podobnym nie wpływa dobrze na samopoczucie. Tym bardziej, że po ostatnim liftingu sprawa wygląda jeszcze gorzej. Poprzednia wersja miała swój styl, a wpasowanie do obłego nadwozia prostokątnych reflektorów przypomina stare suvy Hyundai’a.

140-konny diesel to jednostka znana w koncernie VAG. Osiągi nie są najgorsze, 10 sekund do setki, a spalanie jest do zaakceptowania. Wyprzedzać się da, a na stację benzynową wpada się od czasu do czasu. Trochę gorzej sprawdza się skrzynia biegów, która lubi przeciągać przełożenia, a ponaglana zmienia je w pasmo, w którym silnik nie działa najbardziej efektywnie.

Dźwięk przy sprincie również nie jest zbyt przyjemny, a cięższy silnik niekorzystnie wpływa na resorowanie przedniej osi. Co nie oznacza, że jest zupełnie źle. Mimo swojej budowy Yeti prowadzi się w zasadzie jak normalna osobówka. Jest całkiem zwinne i nie podpiera się lusterkami. Naturalnie nie jest to coś, co byśmy chętnie widzieli na jakimś szybkim oesie, ale relatywnie stateczna jazda nie nastręcza problemów. Tylko ten wygląd jak osobnik z wysokim czołem.

W wersjach napędzanych przednią oś teren łowny zazwyczaj kończy się w mieście na parkingu. W przypadku wersji 4×4 można zapuścić się nieco dalej, na utwardzone dukty. Poza nimi suv od Skody raczej się nie sprawdzi. Jego zdolności terenowe studzi zastosowany rodzaj napędu, czyli Haldex. Co prawda to już piąta generacja, ale nadal przekazuje moc głównie na przednią oś. Dopiero przy wykryciu różnic w prędkościach obrotowych wałów podpinane są tylne koła. Można się wykaraskać z jakieś dziury albo pojechać pewniej w zimie, ale trochę wody i błota i już nasz ambitny wszędołaz wywiesza białą flagę.

Jako samochód Yeti sprawdza się całkiem nieźle. Jest średni niemal w każdej dziedzinie, przyspieszenia, komfortu i naprawdę dobry jeśli chodzi o użyteczność. Tylko, że jeśli lubimy długie trasy w pełnej wygodzie lepiej sprawdzi się Superb. W normalnym warunkach bagażnik w Octavii jest większy. Szukasz terenówki, czyli zły adres. Yeti nie jest nawet dobrym suvem. To po prostu ponad praktyczne auto z nieco wyższym prześwitem. Być może klienci się na to znajdują. Jednak jeśli chodzi o topową wersję to przerost formy nad treścią co najmniej do kwadratu. Wersja Elegance i tak już jest droga, ale jednocześnie tańsza o 15 tysięcy złotych. Dużo jak za trochę skóry i kawałek aluminium. Podstawowe wersje mają jeszcze sens, Laurin & Klement zupełnie jest go pozbawiona.

Nie mam nic do tego, że w Ferrari matowy lakier z dwoma paskami kosztuje 35 tysięcy euro. Albo satynowy w Bentleyu za tę samą kwotę czy nawet pół miliona za nadwozie do Huayry z włókna węglowego z widoczną strukturą materiału. Ale 160 tysięcy złotych za Skodę, która wyglądem wywodzi się z dostawczaka pokroju Partnera czy Kangoo? Ma ktoś numer do zoo w Kopenhadze? Jest zwierz do odstrzelenia.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *