Wynalezienie koła na nowo, czyli dzisiejszy tekst jest sponsorowany przez oksymoron.

Co parę miesięcy jesteśmy bombardowani informacjami, że kończy się ropa. Jedni rozkładają bezradnie ramiona, inni wieszają konsumpcjonistów,  a garstka szalonych i nawiedzonych hipisów wynajduje ponownie koło pod postacią kolejnego elektrycznego samochodu. Na nic to się jednak nie zdaje. Mimo całej marketingowej nagonki ludzie jednak zachowali odrobinę oleju napędowego w głowie i hybryd nie kupują, a te której są istnieją bardziej dla sztuki niż efektywności.

Teraz jednak specjaliści od wmawiania społeczeństwu czego potrzebują poszli o krok dalej. Ferrari, McLaren i Porsche w swoich supersamochodach oferują elektryczne wspomagacze. Nie wiąże się to z protestami i koczowaniem pod siedzibami głównymi bowiem odbywa się to pod płaszczykiem osiągów i koni mechanicznych. W końcu lepiej mieć ich dziewięćset z silnika spalinowego i elektrycznego niż siedemset pięćdziesiąt tylko z tego pierwszego.

Szlak przetarła Honda, która jak twierdzi jako pierwsza stworzyła sportową hybrydę. Niezły oksymoron. Ale zacznijmy od początku.

Któż z was urodzony przed latami dziewięćdziesiątymi dwudziestego wieku nie pragnął mieć Hondy CRX. Pewnie każdy chciał. Może nie była tak szybka jak Lamborghini czy egzotyczna jak Lotus i nie wisiała nad łóżkiem, ale była marzeniem wszystkich nastolatków.

Wyglądała jak mały, trzydrzwiowy kompakt ze śmieszną tylną szybą. Ale miała cztery ważne rzeczy w sportowym samochodzie, niską masę, dobre prowadzenie, mocne silniki no i VTECa.

Niby doczekała się kontynuacji pod postacią del Sola, ale to pierwsza i druga generacja była najbardziej pożądaną i ukochaną.

I nagle w 2007 roku Honda zrobiła prezent wszystkim fanom motoryzacji. Zaprezentowała współczesnego CRXa, którego ochrzciła CR-Z, w końcu CRY brzmiałby zbyt melancholijnie. I kiedy wszyscy już chcieli robić przelewy w stanie pełnej ekstazy ktoś z Hondy napomknął, że będzie to  hybryda. Niemal wszyscy dostali w twarz i nagle zrozumieli jak czuje się kobieta w sypialni kiedy mężczyzna nie staje na wysokości zadania.

Sama stylistyka to udane nawiązanie do dawnego modelu. Jest odpowiednio agresywna, a i tylna szyba doczekała się współczesnej interpretacji.  Na samą myśl o pakiecie Type R leciała ślinka.

Wnętrze jest dość kosmiczne i podobne do tego z pokazanego o rok wcześniej CIvica. Sporą wadą jest wspomniana tylna szyba, przez którą prawie nic nie widać, a gdy jest zabrudzona naprawdę nic. Materiały są podobne jak we wspomnianym kompakcie koncernu, także tragedii nie ma. Tylko, gdzie te sportowe fotele?

Czas na odpalenie. Zamiast mięsistego brzmienia i wiertarkowego ryku mamy skromne terkotanie. Nic dziwnego, w końcu to cherlawe 1.5 o mocy stu czternastu koni wspomagane silnikiem elektrycznym generującym kolejne 14, a razem dysponując oszałamiającymi 124 końmi mocy. Niby tyle miały motory w CRXie, ale ten był lżejszy o jakieś trzysta kilogramów. Dodatkowo silnik benzynowy sprawia wrażenie ciągle obrażonego na obroty.

Ewenementem jest pierwsza manualna, sześciobiegowa skrzynia biegów w hybrydzie. Przynajmniej ta jest krótka i precyzyjna.

Drugi plus za świetne zawieszenie. Może nie najlepsze na polskie drogi, ale zapewnia pewne trzymanie się jezdni i ma odpowiedniego pazura.

Do wyboru są trzy tryby działania, Eco, Normal i Sport. Dwa pierwsze powodują, że samochód zachowuje się jak skrzyżowanie Jelcza z amerykańską kanapą a przyspieszenie mierzy się za pomocą kalendarza. Sztuczne mulenie samochodu powinno być karane seppuku.

Tryb sportowy wyostrza zmysły samochodu, który zachowuje się jak na głodzie. Szuka tylko okazji do zrobienia czegoś ciekawego, ale w granicach bezpieczeństwa. Jeśli myślicie, że jest to odpowiedni tryb to jesteście w błędzie. Średnio po jakiś czterdziestu kilometrach wyładujecie całkowicie baterie sprowadzając średnie osiągi do jeszcze gorszych.

Nagrodą za jazdę godną emeryta w trybie Eco i z włączonym systemem Start/Stop jest spalanie mniejsze niż pięć litrów na sto kilometrów. Szkoda, że jest okupione rozlazłością godną Jabby the Hutt i nerwowym skupianiem się na wyświetlane listki zamiast na drodze.

CRZ kosztuje podobnie jak Prius, ale w porównaniu z nim zapewnia coś co można nazwać emocjami. W końcu ma się jakąś kontrolę. Szkoda, że poziom technologiczny skutecznie hamuje samochód. A wystarczyło wrzucić dwuliterowego VTECa, dodać trochę włókna szklanego i wszyscy byliby zadowoleni, a tak jest tylko Partia Zielonych.

Jak mówią współcześni nastolatkowie, dzieci klientów CRZ żal, że Honda nie poszła o krok dalej. Mając całą wiedzę i dziedzictwo stworzyła nieco bezsensowny samochód, który przy drobnych zmianach mógłby być świetny, mógł być CRXem naszych czasów.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *