Po co kupować Porsche, skoro omlet od BMW jest bardzo dobry?

Jako ludzie mamy pewną drażniącą cechę. W normalnym stanie na ogół plotkujemy lub gadamy o bezsensownych sprawach. Dopiero parę kieliszków Bordeaux uruchamia w nas ukryty tryb filozofa. A to polityka, ekonomia lub szeroko pojęta religia. Ale przede wszystkim królowa nauk. Wiedzeni płynącymi w żyłach procentami zastanawiamy się nad ważkimi tematami świata. Bierzemy się za szczęściarzy, którzy mieli okazję żyć w epoce rozwoju technologii. Concorde, TGV czy superszybkie samochody.

Pęd technologiczny sprawia jednak, że często bardziej stajemy się ubezwłasnowolnieni i tracimy coś co Anglicy nazywają „zing”. Całe szczęście jest jeszcze kilka samochodów, w któryc przekręcając kluczyk w stacyjce możemy krzyknąć rock and roll.

I jeśli chodzi o radość z jazdy to z BMW nikt nie ma szans. Tak wiem, że GT3 jest niedoścignione na torze, a McLareny i Ferrari mają dwa razy więcej koni mechanicznych, ale to właśnie producent z Bawarii posiadł tajemną sztukę wyważania samochodu, montowania silnika, który nie przeraża mocą i skutecznego napędu na tylną oś. Nim jednak będę kontynuował ową laurkę nadmienię tylko, że za sztucznie dozowany dźwięk w M5 i M6 BMW powinno dostać pałę na półrocze a za i3 egzamin komisyjny.

Przejdźmy jednak do reklamowanej radości. BWM niczym Fryderyk Schiller szczyci się nią i co najciekawsze „Odą” wcale nie są największe i najpotężniejsze samochody. Najwięcej pokładów zabawy i powodów ukontentowania zapewniają stosunkowo najmniejsze auta, w postaci serii 1 i 3. A już wkrótce również 4.

Skupmy się dzisiaj jednak na rzeczach pierwszych. Najmniejsze BMW w odróżnieniu od Mercedesa jest pełnoprawnym członkiem rodziny, ma napęd na tył podobnie jak większe siostry oraz opcję montowania rzędowych szóstek. Zatem przy mniejszej zasobności portfela lub chęci posiadania zwinniejszego samochodu możemy wyjść z salonu w pełni usatysfakcjonowani.

Nowa seria 1, która jest tak naprawdę starym modelem i naciągniętymi zmarszczkami to dobry znajomy od 2004 roku. I patrząc na bryłę faktycznie można tak sądzić. Nie dajcie się jednak zwieść bo to tak naprawdę druga generacja produkowana od dwóch lat. Oczywiście nieco większa, cięższa, z większym bagażnikiem i pojemniejszym zbiornikiem paliwa. Również ze swoimi wyłupiastymi oczami i mocno zaznaczonymi kościami policzkowymi trudniejsza w odbiorze. Można by powiedzieć nawet, że odrobinę brzydsza. Oferuje dwie linie, które tak naprawdę niewiele się od siebie różnią i pakiet, który jest przedsionkiem do M Power. Szkoda, że jak na razie zabrakło coupe i wydania 1M.

BMW postanowiło najwyraźniej iść w stronę ekologii i zamiast krów używa materiałów do wykończenia wnętrza. Na szczęście można jednak przyczynić się do zmniejszania emisji CO² przez rogaciznę i zafundować sobie w pełni wyściełaną skórą kabinę. Co prawda znajdzie się tu kilka umiarkowanie przyjemnych plastików, ale taka jest cena kompaktu z odpowiednimi osiągami.

Jak na prekursora elektronicznych systemów w postaci I-Drive’a nie zabrakło również wielu udogodnień, przeszkadzajek i upierdliwych stróżów. Na szczęście w pełni można większość z nich wyłączyć.

Po przydługim wstępie czas na creme de la creme, czyli jazdę. Przepis na mocny kompakt jest inny niż u konkurencji. To napęd na tył, trzylitrowa rzędowa szóstka i możliwość ręcznej zmiany biegów. Nie poskąpiono również mechanizmu różnicowego. Mimo, że M135i nie jest pełnoprawnym członkiem dywizji podrasowanych beemek to jest zdolne do wszelkich harców, jest zwarte, brzmi świetnie i za cenę 170 tysięcy jest niemal okazją. Jeśli nie przesadzimy z opcjami, co w przypadku BMW jest bardzo łatwe, otrzymamy prosty i szybki samochodów do jazdy po bułki oraz na poznański tor.

Silnik to prawdziwa kraina miodu i mleka. W końcu jest tu jakaś pojemność, a nie wielkość, która jest znacznie mniejsza od ilość alkoholu wypijanego przez statystycznego Polaka przy grillu. Ma odpowiednią moc, jest responsywny i co wymaga dodatkowego podkreślenia, dźwięk jaki wylatuje z rur wydechowych jest naprawdę piękny. Podświadomie będziecie ciągnąć do czerwonej linii, co silnik czyni z prawdziwą przyjemnością, żeby tylko posłuchać ścieżki dźwiękowej rzędowej szóstki.

Układ kierowniczy jest bezpośredni, co w połączeniu z niewielkim nadwoziem pozwala w pełni wykorzystać moc płynącą wprost z silnika na tylne koła. A to pozwala na zamaszyste wychodzenie z zakrętów, czyli krótko mówiąc świetną zabawę.

W odróżnieniu od A45 jazda wymaga zaangażowania. Jeśli szukacie samochodu, w którym wciskacie kilka przycisków z napisem „Sport” i ustanawiacie nowy rekord na Nurburgringu skierujcie się raczej do salonu Mercedesa. BMW wymaga skupienia i działań, żeby jechać szybko. I jeśli lubisz jeździć z twarzą przylepioną do bocznej szyby również będziesz zadowolony. Co prawda w zimie jazda będzie wolniejsza, ale te slajdy.

Problemy? Cóż, jazda po nieremontowanych od czasów Gierka drogach jest nieprzyjemna, a samo BMW wydaje się mówić „mam dość”. Jazda po obwodnicy Warszawy jest bardziej subtelna. Stosunkowo łatwo odnaleźć limity samochodu, jednak są to prędkości zdecydowanie ponad autostradowe, przy których grozi dachowanie na wymienionej wcześnie drodze. W przypadku nie jeżdżenia jak idiota to nam nie grozi.

To wszystko prowadzi do nieco dziwnej konkluzji. Dlaczego mając BMW M135i mamy wszystkie Ferrari i Lamborghini. Pakiet od BMW jest niemal wszystkim czego moglibyśmy chcieć od szybkiego samochodu. Krótko mówiąc podobna mi się bawarski przepis na mocnego kompakta.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *