Mitomania.

Zauważyliście, że dzisiaj już niemal nikt nie tuninguje samochodów? To znaczy nadal istnieją takie firmy jak Brabus, Ruf czy Mansory, ale raz, że zajmują się głównie modelami o wartości równej budżetu małego państwa gdzieś na Karaibach, a dwa nie ma ich zbyt wiele.

W przypadku tanich samochodów ciężko znaleźć jakikolwiek egzemplarz, nawet w Warszawie. Kiedyś każdy producent samochodu oferował różne listwy i zderzaki w przepastnych katalogach. A dzisiaj? Pakiet Aero w GT86 i BMW oraz Mercedes z wersjami M i AMG. To wszystko.

Dawniej istniały sklepy samochodowe, do których wchodziło się jak do cukierni mając trzy lata. Zderzaki, nakładki na reflektory, felgi we wszystkich kształtach i rozmiarach, odtwarzacze audio z całym osprzętem, folie na szyby czy potężne lotki. To wszystko było na wyciągnięcie ręki do każdego modelu. Jasne, część z nich była niskiej jakości i tandetna, a przy zbyt dużej ilości fantazji, a właściwie zbyt małej, wasz samochód wyglądał jak bożonarodzeniowa choinka. Dzisiaj poza lampami z ringami i udającymi ksenony nie ma właściwie nic. A nie, zapomniałem o ledach do jazdy dziennej. Po prostu szał.

Pomińmy tuning mechaniczny. Jego zadanie jest proste, przyspieszyć samochód i poprawić jego właściwości jezdne. Zabawa zaczynała się w momencie zmiany wyglądu. Dróg jak zwykle było kilka. Jedni wybierali subtelne zmiany podkreślające zmysłowe linie nadwozia, podczas gdy inni za pomocą szpachli tworzyli potwory z sennych koszmarów małych berbeci. Dzięki temu każdy samochód, brzydki czy ładny, niczym kobieta stawał się interesujący.

Teraz tkwimy w zalewie nijakich modeli. Jest kilka jaskółek jak linia DS od Citroena czy nowe Lexusy. Jednak zawsze kolebką jeśli chodzi o stylizację były Włochy. Teraz już nie jest tak różowo. Kiedy ostatnio widzieliście nowy samochód z kraju Giordano Bruno? Najnowsze Maserati mają coś z Koreańczyków. Ferrari trzymają się nieźle, ale jakoś kilka dekad temu można było się do nich modlić, a dziś co najwyżej podziwiać kunszt techniczny. Lamborghini? Dzisiejszy Aventador wygląda jak mała, biała, słodka owieczka przy Diablo, Countach i Miurze. Nawet Alfy mimo że nie wyglądają najgorzej nie powodują już mrowienia. A przecież do właśnie o samochodach z Mediolanu wielka trójka z TopGear wypowiadała się w samych superlatywach, że trzeba przynajmniej jedną mieć aby być prawdziwym fanem motoryzacji. Te naprawdę stare wciąż potrafią zapewnić ocean emocji tylko stojąc na parkingu. Popatrzcie tylko na Stradale, Giulię albo Sportivę. Już tylko rzucenie okiem powoduje, że do końca życia nie będziecie potrzebowali błękitnych tabletek. Nowsze pojazdy nie są już takie piękne. Jeszcze 155 albo 166 mogą wzbudzić zachwyt podobny do porannej kanapki z bekonem, ale śmiem postawić tezę, że coupe Alfie od bardzo dawna nie wyszło. Przykłady?

Spójrzcie na GTV. Mimo, że powstała w studiu Pininfarina to jest jednym z najmniej spójnych samochodów na świecie pod względem stylistyki. Z przodu podwójne reflektory wyglądają nieźle. Front jest jednym z najlepszych w historii motoryzacji. Linia boczna z kolei wygląda dość dziwnie przez tą wnękę idącą od maski. Za to tył jest dla odmiany narysowany za pomocą linijki. Proporcje również są zaburzone, a przedni zwis jest dwukrotnie większy od tylnego. Nawet klamki wyglądają jak w trzydrzwiowym Fiacie Uno. To tak jakby Monica Bellucci miała wielką brodawkę na czole. Sytuację ratuje to, że bezwypadkowe egzemplarze nie rdzewieją oraz felgi wyglądające jak solniczki. Poza tym już Chris Bangle odrobił lepiej zadanie domowe z małego coupe z Fiatem Coupe.

Lepiej przedstawia się wnętrze. Jest dokładnie takie jakiego można by spodziewać się w samochodzie o sportowych konotacjach. Wskaźniki w tubach, świetnie wyglądające i sprawujące się fotele, chociaż te z tyłu pełnią raczej funkcję ozdoby. Jednak i tu jest kilka rzeczy, do których można się przyczepić. Osobiście wolę, gdy wszystkie wskaźniki znajdują się w jednym miejscu. Tutaj żeby sprawdzić godzinę, ilość paliwa i temperaturę silnika trzeba rzucić okiem na centralną konsolę. Teoretycznie ciekawy smaczek, ale jednak ergonomia odrobinę na tym cierpi. Gorzej jest z jakością wykonania. Nie jest to tylko wina pełnoletności egzemplarza. Nitki się prują, osłona poduszki pasażera odstaje, a w szpary pomiędzy kolejnymi elementami plastiku można wsadzać monety. Poziomo. Pozycja za kierownicą jest idealna dla człowieka gumy, pojemność bagażnika jest mniejsza niż w obecnej Pandzie. Nawet ten w Seicento był większy.

Przynajmniej w kwestii wyposażenie nie ma na co narzekać. Naturalnie jeśli uwielbiacie gadżety będziecie zawiedzeni. Można jednak znaleźć tutaj klimatyzację, ABS, elektryczne szyby i poduszki powietrzne. Dzisiaj to wydaje się śmieszne, ale wówczas był to wersal.

Silników było do wyboru kilka. Naturalnie najciekawszy i co najśmieszniejsze najbardziej niezawodny to trzylitrowy w układzie V6. Popatrzcie tylko na te chromowane doloty. Mimo dużej mocy jest jednak dość ciężki dodatkowo pogarszając sytuację z i tak solidną masą, blisko 1,4 tony.

Lepszym wyborem pod względem prowadzenia wydają się silniki TS. Dwulitrówka legitymuje się mocą rzędu 155 koni mechanicznych i 187 Nm momentu obrotowego. To wystarczy by pędzić ponad 210 km/h i startować spod świateł do pierwszej setki w 8,4 sekundy. Nie brzmi jednak jakoś spektakularnie dobrze, a silnik jest cały zakryty przez co nie można go podziwiać.

Osiągi są więc nie najgorsze, co dodatkowo czuć w podwoziu. Alfa przyłożyła się do projektowania, dzięki czemu samochód prowadzi się nawet lepiej niż niejedna nowoczesna konstrukcja. Dodatkowo dostajemy precyzyjny układ kierowniczy i mimo przedniego napędu nie uświadczymy podsterowności. Można się poczuć jak w solidnym samochodzie sportowym. Przeszkadza jedynie zbyt wielka średnica zawracania oraz co dziwne, jest czasem zbyt głośno, co męczy na dłuższych dystansach.

Poza tym GTV cierpi na całą listę dolegliwości. Silniki są delikatne i wrażliwie na olej, przez co trzeba go dolewać niemal za każdym tankowaniem. Spalanie przy ostrym ciśnięciu nie ma w zasadzie górnej granicy. Dzięki elektryce nigdy nie wiadomo, czy następnego poranka Alfa łaskawie raczy odpalić. Za remont świetnego zawieszenie można zostawić małą fortunę wartości jednej trzeciej całego pojazdu. Na szczęście dobry egzemplarz można kupić już za 15 tysięcy.

Ktoś pomyśli, że postanowiłem wyżyć się na małym coupe. Alfiści już pewnie próbują odpalić swoje samochody, żeby mnie odwiedzić. Będąc jednak szczery zawsze czułem sentyment do tej marki. Starsze modele ocierają się o dzieła sztuki. Dawniej stylistyka i poczucie z obcowania z czymś wyjątkowym rekompensowało wszystkie niedostatki. Nowsze balansują jednak na granicy dobrego smaku i kiczu. GTV zdaje się, że ją przekroczyła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *