Gdzie jesteś …

Minął już prawie rok a nadal nie ma tego grubego, czerwonego drania. Zawsze obiecują, że wpadnie na początku grudnia, blablablabla. Że co, że niby byłem niegrzeczny? Przecież nie piłem (za dużo), nie zdradzałem żony (bo jej nie mam), byłem parę razy w kościele i … te strony w ulubionych to przypadkiem się znalazły, sam nie wiem jak. To wszystko pozwala mi domniemywać, że szanowny pan Mikołaj miał problemy z wydostaniem się ze swojego bieguna północnego. Czemu zapytacie? Cóż, mamy XXI wiek i chyba stare, rozklekotane sanie oraz renifery z czerwonymi od ponczu nosami po prostu nie wystarczają. Zatem rodzi się pytanie czego Mikołaj powinien używać do rozwożenia prezentów. Na pewno musi być to samochód, ale nie byle jaki. Powinien być większy niż Mini, pakowniejszy niż 500-tka, szybszy niż Nano i oszczędniejszy niż Veyron. Powinien mieć też gwarancję nie ograniczoną liczbą kilometrów ze względu na przebiegi pokonywane co roku. Powinien również być niezawodny, zapalać mimo ujemnych temperatur oraz z powodu nieużywania przez 364 dni. W końcu powinien być czerwony aby pasował do wdzianka świętego.

Skoro mowa o czerwieni to od razu skierujmy się do Maranello. Może 599 i 612 mają spore bagażniki i spełniają większość kryteriów, ale ponad 200 tyś. euro spowodowałoby, że w przyszłym roku dostalibyśmy gliniane cosie wykonane przez Mikołaja. W związku z tym Ferrari nie jest chyba najlepszym pomysłem.

Och, zapomniałem o jeszcze bardzo ważnym kryterium – napęd, samochód Mikołaja powinien mieć napęd na 4 koła. Więc może Datsun GT-R? Ma trochę mały bagażnik i w czerwieni mu nie najlepiej. Poza tym z powodu tony elektroniki raczej nie będzie tak wierni jak Hachiko, więc również odpada.

Reszta sportowych wynalazków takich jak Gallardo, 911, R8 też się raczej nie sprawdzą. Poza tym Mikołaj jest już chyba grubo po czterdziestce, więc nie musi sobie niczego udowadniać.

W takim razie zawieśmy na chwilę wojnę pingwinów i misiów polarnych i spróbujmy czegoś z innego bieguna. Hummer H2 byłby prawie idealny, gdyby nie spalanie rzędu 60 litrów na 100 km. Niezłym wyborem byłby Ford Super Duty, ale ma diesla pod maską. Podobnie jak Audi Q7 V12 TDi. Diesel po prostu jest za głośny (obudziłby wasze dzieci) i nie w każdym zakątku Ziemi można kupić paliwo do diesla. Mercedesy ML i GL nie mają reduktorów, a G-klasa nie jest oferowana w czerwieni. Porsche Cayenne jest zbyt ostentacyjne, a Volvo XC90 jest zbyt nudne. X5 i  X6 są beznadziejne w terenie. Mitsubishi Masturbator (vel Pajero) jest już zbyt stare, a Datsun Patrol … cóż, nie wiem nawet czy jest jeszcze produkowany. Toyota Land Cruiser … a właśnie, Toyota odpada bo jeszcze zamiast zatrzymać się na dachu wjedzie wprost do waszego salonu bo zablokuje się pedał gazu. Mikołaj zginie i nie potrzeba będzie Grincha żeby świąt nie było.

Czyżby zatem nie było żadnej rozsądnej alternatywy dla reniferów i sań? Jest jedna. Pochodzi wprost z kraju ryb i frytek, popołudniowej herbaty oraz królowej.  Pierwszy model potężnego Range Rovera ujrzała światło dzienne w 1970. Do dzisiaj powstały tylko 3 generacje tego modelu, ale skupmy się na jego ostatniej interpretacji. Ma całkiem spory bagażnik, mocny silnik z Jaguara XKR i jest dostępny w czerwieni. Dodatkowo napęd wraz z reduktorem pozwoli wjechać dosłownie wszędzie. Kąty najazdu i zejścia sięgające 30 i 25 stopni na pewno pozwolą wyjechać z bieguna bez saperki. Range Rover w wersji 5.0 V8 S/C kosztuje ok. 130 tyś. euro więc jest całkiem tani. Naprawdę.

Tylko panie Mikołaju proszę nie kupować wersji Sport bo nie ma dzielonej tylnej klapy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *